mainstreamu

Przeciwnicy mainstreamu

W piramidzie Maslowa potrzeba przynależności znalazła się na trzecim miejscu zaraz po fizjologicznej i bezpieczeństwa. Każdy musi gdzieś/do kogoś przynależeć. Od zawsze człowiek tworzył plemiona, gdzie obowiązywały pewne normy, kulty religijne i dialekty. U podstaw każdej subkultury leży chęć sprzeciwu wobec reszty społeczeństwa i tak mieliśmy już: skatów, emo, hipisów, metalowców, gotów, depeszów, rockersów, rude boysów, teddy boysów, hipsterów, modsów, dresiarzy, punków, skinheadów, bikiniarzy, grunge, poppersów, rastamanów, bitników, hip-hopowców. Każdy z nas na pewno należał/chciał należeć/bardzo nie chciał należeć do której z nich. Najczęściej do subkultury należymy gdy jesteśmy młodzi, jest to czas kiedy kształtujemy swoje zdanie, swoją tożsamość, chcemy być inni, niezależni. Wtedy na pomoc przychodzą rówieśnicy, którzy, jak się okazuje, są podobni do nas. Mają to samo widzenie świata, słuchają podobnej muzyki, ubierają się w podobny sposób, ogólnie są naszą bratnią duszą, z którą można porozumieć się bez słów. Wtedy rozpoczyna się proces tworzenia wspólnoty z owym bliźnim. I to jest jeszcze spoko. Mamy bratnią duszę, spędzamy z nią czas, cieszymy się wspólnymi zainteresowaniami.

Niebezpieczeństwo kryje się za pojęciem: subkultura dewiacyjna. Pisał na ten temat m.in. A. Cohen, który twierdził, że taka subkultura powstaje w klasie niższej, ze względu na frustrację spowodowaną niemożnością osiągnięcia celów społeczeństwa. Wtedy jednostki, które mają problem i nie potrafią sobie w cywilizowany sposób z nim poradzić, szukają sprzymierzeńców. Najczęściej przejawem tej komitywy jest wandalizm, agresja, ogólna niechęć do osób nie z „ich świata”. Wiele subkultur, podszytych jest agresją zarówno do ogółu społeczeństwa jak i do innych, przeciwstawnych subkultur.

I tak, jeżeli należenie do „zwykłej” subkultury może być kreatywne, rozwojowe dla młodego człowieka, o tyle należenie do subkultury dewiacyjnej, naraża nas na niebezpieczeństwo związane z łamaniem prawa, zażywaniem szkodliwych substancji, problemami rodzinnymi i szkolnymi. Niesie też niebezpieczeństwo na przyszłość, ponieważ w normalnych warunkach osoba dopuszczająca się wandalizmu czułaby poczucie winy, w przypadku przynależności do grupy to uczucie mija, bo wszyscy tak robią, w imię jakiejś idei i jest to dobre. W ten sposób wykształca się u nas niewłaściwy obraz sytuacji, którego w przyszłości trudno nam się będzie pozbyć. Już zawsze będziemy szukać sprzymierzeńców, aby obronić nasze myślenie.

Na koniec rozważania natury egzystencjalnej. Ok, rozumiem ludzi, którzy kiedyś buntowali się przeciwko braku wolności słowa, wolności jako takiej, sytuacji politycznej, ogólnemu uciśnieniu i niemożności. Ale przeciw czemu buntują się hipsterzy, yuppie, yuccie o drwalach nie wspomnę! „Czego wciąż im brak, przecież wszystko mają…” jak zaśpiewała ongiś Urszula. Ja wiem, ja wiem buntują się przeciwko mainstreamowi, ale czy sami go przypadkiem nie tworzą? Czy nie są ich miliony?

No, ja rozumiem, jeśli byłby jeden hipster na świecie, może się buntować, proszę bardzo. Buntują się przeciwko temu, co jest powszechne, ogólnie dostępne. Ale zaraz, zaraz, czy chodzenie do baru mlecznego na kompot jest takie mało powszechne? Czy nie chodzą tam bezdomni, studenci, starsi ludzie, pracownicy korporacji (naturalni wrogowie hipsterów) bo mają blisko, bo jest smacznie, jak u babci? W moim odczuciu, są to bardzo biedni (emocjonalnie) ludzie, którzy nie mają na siebie pomysłu a potrzeba przynależności jest tak silna, że bezrefleksyjnie kopiują czyjś styl.

Już bardziej jestem skłonna zrozumieć skate’a czy emo. Oni przynajmniej są jacyś, w imię jakiejś idei. A hipsterzy, czy inni następcy, są tylko wytworem firm produkujących modne oprawki do okularów. Aby zwiększyć sprzedaż dziurawych swetrów, retro rowerów, loftów trzeba było wcześniej wyprodukować odpowiednią ilość konsumentów, którzy to kupią, aby mieć pewność, że towar zejdzie. Knajpa z pomalowanymi na biało ścianami, gdzie je się rzeczy bio-eko-bezglutenowo-bezlaktozowe, też musi mieć swoich amatorów. I tak w dzisiejszych czasach po nitce do kłębka rodzi się subkultura, nie z potrzeby serca, ale z potrzeby portfela. Bo bycie hipsterem kosztuje (już nie mówię o byciu yuccie to już luksus nad luksusy), to tylko pozorny nieład, tam ciuch z lumpeksu tworzy całość dopiero wtedy, gdy się doda Louis Vuitton.

Kiedyś należenie do subkultury było tańsze. Cała kasa szła na kasety z muzyką i jakiś ciuch – czarny lub z obniżonym krokiem (w zależności od przynależności). A teraz żeby należeć do subkultury, trzeba zaciągnąć kredyt (byle nie we frankach), żeby wynająć loft, kupić ciuchy, mieć na wyjścia, a i żyć z czegoś trzeba, bo ciągłe pracowanie nad jakimś projektem przynosi tylko straty (laptop, ubranie, spotkania w drogich lokalach). Konkluzja jest taka, że w dzisiejszych czasach nie opłaca się należeć do subkultury, bo jeśli już, jakimś cudem, uda Ci się zgromadzić wszystko, co uczyni Cię subkulturowcem, to ani się obejrzysz, a już będziesz musiał zmieniać mieszkanie, garderobę, fryzurę, gadżety. Na co to komu?

Pedagog, psychoterapeutka. Lubię włoskie jedzenie, filmy i koty.

2 komentarze

  • Dobrze, że poruszyłaś ten temat, sama zastanawiałam się ostatnio nad tym całym szałem bycia, „innym” przy czym nieświadomie stajesz się tą całą „resztą”. I jak wiadomo, człowiek jest kształtowany przez społeczeństwo więc im więcej tych subkultur, grup społecznych, dobrych jak i tych złych, tym większe prawdopodobieństwo, że dołączymy do jednej z nich.
    Pozdrawiam i czekam na więcej wpisów. 🙂

  • Dziękuję za komentarz. Masz rację, ciężko w dzisiejszych czasach o indywidualność. Zawsze do czegoś przynależysz, nawet myśląc, że tego nie robisz. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *