korporacja

Korpo

Korporacja. Określenie znane każdemu, kto skończył studia i szuka pracy. Idylla. Miejsce, które zapewnia stałą pracę, ubezpieczenie, wysoką pensję, szybki awans, rozwój osobisty, szkolenia, kartę VIP na siłownię, prywatną opiekę medyczną, podwyżki za dobrze wykonaną pracę. Czego żąda w zamian? Ciebie! To jest pakt podpisany z diabłem. Dostajesz piękne rzeczy, ale musisz oddać duszę. Dosłownie. Każda oferta pracy w korporacji jest inna. Nie wszystkie wyglądają źle. Są to oferty bardzo konkretne, mają wobec Ciebie oczekiwania, ale też sporo dają. Niepodważalnym argumentem na korzyść pracodawcy jest pensja. Komu nie marzy się tłuste 3000 na rękę a po roku 5000? Już w głowie przeliczamy ile miesięcznie, ile rocznie. Co za to, kiedy hipoteczny na mieszkanie, kiedy na dom. Wakacje, a jakże!

beach-825694_1920.jpg

Już wybieramy strój kąpielowy, zastanawiamy się nad przejazdem słoniem i jakie drinki wybierzemy, bo wybierzemy na pewno, w końcu są w cenie. I tak zaczyna się nasza przygoda z firmą ABC-MAX. Pierwszy dzień w pracy, wszyscy mili. Pokazują Twoje miejsce pracy (WOW masz własne biurko – możesz stawiać zdjęcia swojej rodziny i inne pamiątki, jak to pokazują w filmach), mówią o Twoich obowiązkach (na pierwszy rzut jest ich mało i do ogarnięcia), oprowadzają po biurze – pokazują miejsce z ekspresem do kawy i mikrofalówką – śmieją się pod nosem i mówią, że to miejsce jest bardzo ważne (dopiero później przekonujesz się, że czasami nawet ratuje życie).

Dostajesz swoje pierwsze zadania i nie wierzysz, że to wszystko dostajesz w zamian za to, że masz wykonać 20 telefonów dziennie i sprzedać 100 produktów. Błahostka! Ja tego nie zrobię? Znów powracają screeny z przyszłych wakacji i ochoczo zabierasz się do pracy. Na początku jakoś idzie – szczęście początkującego, jak w kasynie. Wyjeżdżasz na wyjazd integracyjny, chlejesz na umór i tańczysz przy muzyce disco polo. Wszyscy okazują się być w porządku. Nawet ten gość, który jest prawą ręką szefa, ściąga koszulkę i tańczy do upadłego. Wracasz do pracy skacowany, ale zadowolony. Później zaczyna iść po górkę.

Okazuje się, że nie wystarczy wykonać 20 telefonów, żeby sprzedać 100 produktów. Trzeba ich wykonać bardzo dużo. W kolejnym miesiącu ilość produktów do sprzedania podwaja się. A czas pracy i pensja stoją w miejscu. Więc naturalnie zostajesz po godzinach, żeby się z tym uporać. Uff. Udało się. Szybko okazuje się, że szef wzywa Cię do biura, ale nie na dywanik, chce nagrodzić Twój trud i zaangażowanie i daje Ci awans z premią. Cieszysz się jak głupi. Jakbyś Pana Boga za nogi złapał. Opłaciło się, doceniono mnie. Jest motywacja do dalszej pracy. Tylko trochę Ci nie pasuje, że premia była jednorazowa, a wraz z awansem lista Twoich obowiązków wzrosła.

Ale nie zastanawiasz się nad tym długo, bo przecież zostałeś Key Account Managerem i dostałeś wizytówki z logo firmy. Zaczynasz liczyć się w firmie. Ale dla znajomych już mniej. Masz przecież firmowy samochód, smartphona, tablet, ultrabooka i coraz mniej czasu. Nie można się do Ciebie dodzwonić. Ale jeszcze starasz się to odbudować w weekendy. Zabierasz znajomych do pubu i wybaczają Ci na chwilę, bo jest jak dawniej. A w pracy, jak to w pracy. Szef coraz więcej wymaga. Budzisz się nagle po długim letargu, okazuje się, że ilość produktów, które masz sprzedać jest nie do przerobienia. Żeby nie wiem co. Twojego zostawania dłużej w pracy już nie można nazwać nadgodzinami. Ty po prostu mieszkasz w pracy.

Żona choć zadowolona z ilości zer na koncie, nie widzi Cię całymi dniami, a dzieci płaczą gdy bierzesz je na ręce. A Ty sobie mówisz, że to dla ich dobra, że jesteś głową rodziny i musisz zapewnić im byt i godziwą przyszłość. W weekendy już nie widzisz się ze znajomymi, nie chodzisz na siłownię VIP, ale coraz częściej korzystasz z prywatnej opieki medycznej. Bo nie możesz spać, bo masz problemy z żołądkiem, bo kołacze Ci serce, bo pocisz się jak świnia. Ale to nic w porównaniu do tego, że znów dostałeś awans z premią, ale także stałą podwyżką pensji. Myślisz sobie: jeszcze tak z 5 lat i jestem ustawiony.

Wybuduję dom, odłożę na lokatę dla dzieci i będę smażyć tyłek na Malediwach (aha przypomniałeś sobie o swoich marzeniach z początku pracy i uświadomiłeś sobie, że od 4 lat nie byłeś na urlopie i nie piłeś żadnych drinków wliczonych w cenę pobytu). To nic, nie byłeś na urlopie, ale nazbierasz tyle kasy, że Twoje życie to będzie jeden wielki urlop, a nie siedzenie w bujanym fotelu przy kominku. Nie można pominąć, że do tego czasu zmieniałeś auto 3 razy i teraz nie wsiądziesz do niczego, co kosztuje poniżej 300 000. Myślisz, że jesteś szczęśliwy. Masz wszystko co chcesz, co tylko zapragniesz. Tylko nie masz na to czasu. A zdrowie, zdrowie da się kupić. Czego najlepszym dowodem na to jest, to że Pan Doktor wyleczył Cię z większości dolegliwości, bo dostał za to niezłą sumkę. No może poza bezsennością.

Historia, którą pewnie wielu z Was odnajduje we własnym życiu lub życiu przyjaciół, nie kończy się po tych pięciu latach, które bohater sobie założył. W miarę jedzenia apetyt rośnie. Okazało się, że marzenia nieco podrożały i jeszcze parę lat trzeba popracować, ale tylko parę…

Można się zastanawiać, dlaczego ludzie się na to zgadzają? Czemu pozwalają sobie na takie traktowanie? Czemu nie egzekwują swoich praw? Otóż korporacja jest zbiorem bardzo wielu sprytnie przygotowanych pułapek. Ludzie na początku są miło traktowani. Później, wraz ze wzrostem obowiązków, dostają premie motywacyjne. Działają 100 na 100. Tuż po premii, kolejny wzrost obowiązków i tak naprzemiennie. Ilość bonusów, które nam w takiej pracy przysługują jest imponująca i kusząca. Nie wierzę, że ktoś jest w stanie w dzisiejszych czasach tak łatwo zrezygnować z ubezpieczenia i prywatnej opieki medycznej oraz z dużej pensji i pracy, która de facto nie jest ciężka.

I tak tkwi się w tym systemie do czasu zwolnienia lub wylądowania u psychoterapeuty. Bo samemu trudno odejść, bo nigdy nie ma odpowiedniej chwili nawet, gdy doskonale wiesz, że ktoś Cię wykorzystuje, że nie masz już życia prywatnego, a rodzina oddaliła się od Ciebie o kilometr. Co więc każe ludziom w tym tkwić? Poczucie bezpieczeństwa. Druga w piramidzie potrzeb Maslowa tuż po potrzebie fizjologicznej. Bo oprócz bezpieczeństwa finansowego jest coś jeszcze. Mamy pewność, że chociażby się miał świat skończyć, my jutro musimy być na 8 w pracy.

O 8.10 nalewamy sobie pierwszą kawę (z ekspresu na korytarzu), 0 8.15 otwieramy komputer, aby po chwili rzucić się w lawinę maili i telefonów, zatracając się w tym bez reszty. I tak codziennie. Wiemy czego się spodziewać, umiemy sobie radzić ze stresem. Wszystko pod kontrolą. Bo łatwiej mieć kontrolę nad pracą, niż nad życiem prywatnym. Boimy się czy sprostamy roli rodzica, partnera, syna/córki. A w takim trybie pracy nie trzeba się zastanawiać, nawet nie ma na to czasu. Jedyne poczucie, które nam towarzyszy, to to, że zapewniamy byt i dajemy z siebie 100% a z tego już można być dumnym.

Moja przestroga jest prosta. Nie bójmy się zatrzymać i pomyśleć. Nie bójmy się zmierzyć z przeszłością i teraźniejszością. Zastanówmy się czy to już nie pracoholizm i czy nie powinniśmy zgłosić się do psychoterapeuty jeśli sami nie potrafimy tego ustalić. Jak to mawiają: lepiej zapobiegać niż leczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *