śmierć

Śmierć – Lubię to!

Już dawno nie hejtowałam Facebooka, więc czas to nadrobić. Kilka dni temu zmarł wspaniały pisarz Umberto Eco. Świat jak zwykle nie przeszedł obojętnie wobec tej wiadomości. W gazetach, na portalach, w radio i telewizji – z różnych źródeł można się było o tym dowiedzieć. Hitem jednak okazał się wpis na Facebooku: „Dzisiaj zmarł Umberto Eco”. A co pod wpisem? Tysiące lajków. 
To ja się pytam – co Ci ludzie mają w głowach? Kto o zdrowych zmysłach klika „Lubię to” pod czyjąś śmiercią? Ja rozumiem akcje „oswajanie śmierci”, bo ludzie boją się śmierci, ale coś takiego? Wiem, że na fejsie miało powstać „nie lubię”, ale to mogłoby być tragiczne w skutkach. Bo jak ktoś nie dostanie lajka pod zdjęciem, to jeszcze przeboleje, bo zawsze można sobie pomyśleć, że ktoś nie miał czasu kliknąć, zapomniał czy coś. A w przypadku „nie lubię” sprawa jest jasna. Jeden klik i pozamiatane. Poza tym samo „nie lubię” by nie wystarczyło. A co z: jest mi przykro, kocham, czuję odrazę, miłuję itp. Co to jakieś gorsze odczucia? A do śmierci Umberto Eco pasowałoby, np. współczuję, przesyłam kondolencje.

Ogólnie uważam, że śmierć, to produkt. Nie mówię tu o takich oczywistych rzeczach, jak sprzedaż różnych trumien, miejsc na cmentarzu czy organizacji styp – jakby to wszystko zmarłemu do szczęścia było niezbędne. Niedawno zmarł też David Bowie. W dniu śmierci sprzedaż jego płyt osiągnęła niewyobrażalną liczbę. Co z ludźmi jest nie tak? Przecież to był żyjący niedawno człowiek, czy jego płyta tydzień przed śmiercią była mniej atrakcyjna? No, ja rozumiem zasadę, że zmarły artysta nabiera wartości, patrz Picasso. W pewien sposób my sami wybieramy, kto po śmierci będzie drogi, a kto nie. Na przykład kompozytorzy. W Krakowie jest takie wydarzenie jak Opera Rara. Jej założeniem jest przedstawianie dzieł nieznanych, zapomnianych kompozytorów w nowym świetle. Ostatnio np. można było usłyszeć operę Giovanniego Battisty Pergolesiego. Nie Mozarta czy Bacha. Niewielu zna tego kompozytora, ale dlaczego? Bo nieładnie komponował? Tak więc śmierć, nie zawsze jest przepustką do wielkiego świata.

Jest jeszcze inne zjawisko, które mnie przeraża. Nekropisarstwo. Mowa tu o sytuacjach, w których wydawnictwa grzebią w śmietnikach, pozostawionych notatkach, e-mailach sławnych pisarzy i na tej podstawie kompilują wspaniałe, pośmiertne dzieło, zmartwychwstałego (bo musiał stawić się na wieczorkach autorskich) autora. To niesmaczne. Perfect śpiewał „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…”. Wszystko dla kasy. Przecież skoro ktoś nie chciał czegoś wydać za życia, to po co zmuszać do robienia tego z zaświatów. Nie wiemy, czy ktoś życzyłby sobie wydanie tego w takiej formie. Przecież od tego w trumnie można się przewrócić.

Ja myślę, że w grę nie tylko wchodzą pieniądze. Ludzie po prostu mają problem z rozstaniem. Nikt nie lubi sytuacji, w której ktoś ważny odchodzi, a już na pewno nie wtedy gdy robi to na zawsze („…a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma…” – jak pisała W. Szymborska). Dlatego staramy się namiastkę tej osoby ze sobą zatrzymać. Po śmierci bliskiej osoby trudno nam się rozstać z jej rzeczami. Podobnie jest z idolami. Tak bardzo się z nimi zżywamy, śledzimy twórczość, że nie chcemy, żeby się skończyło. Dlatego substytut w postaci płyty, czy książki zapełnia nam tę pustkę. Pamiętajmy tylko, że istnieją granice dobrego smaku, do których nie należy klikanie „lubię to”, pod informacją o czyjejś śmierci.

No i stało się 🙂 niezależnie, nie wiedząc wykrakałam. Są nowe emocje na Facebooku 🙂

 

Pedagog, psychoterapeutka. Lubię włoskie jedzenie, filmy i koty.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *