autobus

Autobus na torach

No i masz Ci los. Jadę do Warszawy. Do głowy by mi nie przyszło, że jeszcze zawitam do tego miasta tętniącego hałasem, gdzie knajpy są na obrzeżach, drzewa ubiera się w swetry, a w taxi płaci się 15 zł za psa.

Wiem, wiem. Dałam się wkręcić w tę dziwną walkę warszawsko-krakowską typu „nie przenoście nam stolicy do Krakowa”. Trudno jednak w niej nie uczestniczyć. Kiedyś moja koleżanka (już nią nie jest) przyjechała do Krakowa i powiedziała: „to nazywacie Wisłą?”. Z tym zdaniem nasza przyjaźń się skończyła, a zaczęła masakryczna wojna. Oczywiście nie czepiałam się takich szczegółów jak palma czy Pałac Kultury.

Ja zawsze gram uczciwie i uznałam, że takie argumenty są poniżej pasa. Musiałam mocniej się zastanowić i użyć większego kalibru. Warszawa. Miasto, którego utkane z karłowatych szklanych wież tętniące życiem City, jest tak, małe, że kiedy zakładamy na uszy słuchawki z nutami od Jaya-Z i Alicii Keys chcąc na spacerze wczuć się w wielkomiejski klimat, ono niespostrzeżenie kończy się tuż przed pierwszym refrenem, a przed nami rozciąga się horyzont utkany z przaśnych gierkowskich blokowisk. Tak, Warszawa…

No nic, jadę tam po sławę, pieniądze, a kto wie, może jakąś miłość? Więc na chwilę odpuszczam tę metropolitalną przepychankę.

Biegnę na dworzec jak zwykle spóźniona. Bilet na pociąg mam. Druga klasa. Od czasów obejrzenia Titanica nigdy nie wybieram pierwszej klasy, bo wiem, że najlepsza zabawa jest w drugiej. Póki co jeszcze nie udało mi się popląsać z Leo na stole, ale kto wie. Ok, jestem na dworcu. Szukam właściwego peronu, ale nie znajduję. Czas biegnie, a ja nie widzę swojego pociągu do gwiazd. Biegnę do Informacji. Okazuje się, że mój pociąg ma odjeżdżać ze stanowiska przy ulicy obok dworca. Myślę sobie: jasne, już się Pani uśmiała moim kosztem, będzie miała lepszy dzień, zwłaszcza jak zobaczy mnie czekającą na pociąg na chodniku. Ale idę, w końcu to Informacja.

Po przybyciu na miejsce okazuje się, że stoi autobus z tabliczką Warszawa. Serio? Dzień Świra czy Prima Aprilis? A może jakiś test psychologiczny robią? Ile osób wsiądzie do pociągu, który jest autobusem? Nagle pan konduktor wyrywa mnie z zamyślenia i każe wsiadać. No nic, wsiadam. Może pociąg jest ukryty jak ten w Wałbrzychu. Siadam, zajmuję miejsce i od razu kontrola. I Pan mi mówi: „ma Pani kupiony bilet nie na ten pociąg”. Wspaniale. Nie dość, że siedzę w autobusie imitującym pociąg, to jeszcze jest to niewłaściwy pociąg. Czy ja śnię?

Co w takim razie mam zrobić, pytam pana, bo już nie zdążę się przesiąść na ten właściwy. Jak się okazuje, trafiłam, na wspaniałego konduktora, który napisał, że biletu nie wykorzystałam i mogę go oddać w kasie, a teraz mogę kupić ten jedyny, właściwy bilet na pociąg, którym za chwilę będę jechać. Jak bardzo abstrakcyjnie to nie brzmi, zgodziłam się. Pozwoliłam sobie jeszcze wdać się w krótką rozmowę wyjaśniającą. Zapytałam pana konduktora, jakimi kolejami jadę? Otóż okazało się, że Polskimi Kolejami. A dlaczego nie po torach? Bo remont. I wszystko jasne.

Zresztą już kiedyś jechałam autobusem, który imitował samolot. Z tą różnicą, że wiedziałam, że będę jechała autobusem, a nie wiedziałam, że będzie to samolot. Procedura jednak taka jak na lotnisku. Luk bagażowy otwarty, ludzie przynoszą walizki i dostają naklejkę z numerkiem. W głowie liczyłam ile mam tam bluzek i ile to może ważyć. Kierują się do wejścia na „pokład”. Pani sprawdza bilety i wskazuje miejsce. Po zajęciu stanowiska dostajemy komunikat od kierowcy/pilota, że startujemy i żeby zapiąć pasy.

Wyświetla się nawet ikonka z pasami. Nie ukrywam, że brakowało mi tego, aby stewardessa, wytłumaczyła mi co robić w razie awarii. Nawet miałam odczucia, jakbyśmy odrywali się od ziemi, ale tak bardziej metaforycznie. Następnie stewardessa jak na porządny samolot/autobus przystało, zaczęła roznosić jedzenie i picie. W tym przedziale cenowym, za który kupiłam bilet, dostałam czarną kawę i mini herbatniki.

Ciekawe co serwują w pierwszej klasie, cappuccino i Snickersa? Po spałaszowaniu przekąsek przyszła pani i zebrała śmieciuszki. Pasażerowie w tym czasie przeżyli turbulencje gdzieś pomiędzy Krakowem a Kielcami. Zresztą nietrudno o nie na naszych polskich drogach, więc byliśmy przygotowani. Chwilę później znaleźliśmy się na miejscu, o czym nie omieszkał poinformować nas kierowca/pilot. Życzył miłego dnia i zachęcał do ponownego skorzystania z ich linii. Oklasków za wspaniałe parkowanie nie otrzymał, być może dlatego, że pasażerowie byli bardzo kulturalni, a jak wiadomo klaskanie to obciach, zwłaszcza u Rubika.

Wracając jednak do mojego autobusu/pociągu. Siedziałam osłupiała na swoim miejscu i patrzyłam, kto jeszcze będzie ze mną jechał, żeby nie czuć się osamotnioną w tym absurdzie oraz żeby było więcej świadków, gdybyśmy się wykoleili. I tak właśnie mym oczom ukazał się wysoki, młody mężczyzna w kapturze. Rozsiewał złowieszcze spojrzenie w stylu „chcesz w japę?”. Na szczęście usiadł na samym tyle. Myślę, może być ciekawie. Ale zobaczyłam kogoś o wiele bardziej interesującego. Otóż w kolejce do wejścia stała dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, tylko wystylizowana na młodszą.

Uwagi jednak nie przykuwała ona, lecz jej cztery walizki. Myślę sobie, jak nic jedzie sprzedawać ciuchy na Stadionie Dziesięciolecia. Może jej powiem, że już nie można. Niech dziewczyna nie naraża się na koszty związane z podróżą. Mija mnie, rozmawiając przez komórkę, mówiąc: „zrobię kilka zdjęć i wracam”. Ale czego zdjęć? Stadionu? Pałacu Kultury? A może w tych walizach ma sprzęt fotograficzny, a ja ją źle oceniłam. No dobra, nie ruszam jej. Widzę też, że wsiada mój człowiek. Okularki, bródka, kubek kawy ze Starbucksa. Rozglądał się równie podejrzliwie jak ja. Aczkolwiek dla hipsterów to jednak jest spoko jechać pociągo-autobusem. Będzie co opowiadać.

Zapatrzona na swojaka nie zauważyłam, że do autobusu wsiadło małżeństwo staruszków, którzy siedli przede mną. Natychmiast zaczęła się ich procedura przygotowawcza do drogi. Rozpoczęli od rozłożenia siedzeń na maks, miażdżąc mi kolana. Żebym przypadkiem nie poczuła się zbyt komfortowo, pani założyła kurtkę na swoim oparciu, zakrywając mi nią nogi. Przecież najważniejsze jest to, żeby się nie pogniotła. Jeszcze nawet nie ruszyliśmy, a urocze małżeństwo zaczęło wyciągać prowiant, który wystarczyłby im na podróż Orient Expresem i to w obie strony. Każda rzecz w osobnym plastikowym pojemniku. Jabłka, mandarynki, gruszki, suszone owoce, drożdżówki. I wszystko to pocięte w małe wygodne to jedzenia kawałeczki. Do tego termos herbaty i buteleczki z domowym kompotem.

Przygotowanie do podróży w ich przypadku trwa chyba tydzień. A później zaczęła się rozmowa typu: „oj, bo się tym wszystkim zasłodzimy”, „Stasiu, uważaj, nie nakrusz na sweter”, „jak myślisz, kiedy będzie postój na siku?”. W autobusie siedziały oprócz mnie jeszcze trzy osoby, dlaczego musieli usiąść właśnie przede mną? Jedyne co mogłam, to przesiąść się, aby jakoś znieść tę podróż, która nawet jeszcze się nie zaczęła. Nie ukrywam, że idealne miejsce było obok okularnika. Po zajęciu nowego miejsca ruszyliśmy.

Nie musiałam długo czekać na atrakcje. Zakapturzony, którego od początku podejrzewałam o robienie zadymy, postanowił umilić nam podróż i puszczał na komórce mały koncert życzeń. Jego życzeń. Zaczął ostro od „Blue da na dee” Eiffel 65 i płynnie przeszedł do „Dragostea Din Tei” O-Zone. Moja pierwsza myśl: „czy Cię zamrożono?”. Zapowiada się wspaniała podróż. Obyśmy się tylko nie wykoleili…

Wyrwani z kontekstu to zaprzeczenie XIX-wiecznej idei powieści w odcinkach. Cyklicznie ukazujące się fragmenty są wyrwane z kontekstu, podobnie jak ich bohaterowie – ludzie, którzy sami nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają, współcześni trzydziestolatkowie, przedstawiciele generacji, którą badano już tyle razy, że spokojnie można by uznać ją za jednostkę chorobową. Wychowani na mainstreamowej papce lat 90., teraz wegetujący na uboczu społeczeństwa lub wijący sobie wygodne kontrkulturowe gniazdko na zgliszczach tradycyjnego społeczeństwa. Nieodróżniający rzeczywistości od mieszaniny popukuturowej ułudy i rojeń o własnej wyjątkowości.

Autorką ilustracji jest WitchArt, która rysuje, odkąd pamięta, studentka etnografii i antropologii kulturowej. Interesuje się kulturą Dalekiego Wschodu, stąd też w rysunkach pojawiają się elementy mangi, połączone z jej własnym stylem. Swoją przygodę z tabletem graficznym rozpoczęła od niedawna. Tworzy rysunki do gier planszowych, różnych publikacji oraz blogów.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *