bulwary

Bulwary miłości

No i jestem. Jak zwykle mnóstwo ludzi. Wystylizowani, chwalący się tym, że wiedzą jak się ubrać, żeby siedzieć na trawie. Intelektualiści chwalący się tym, co czytają, którzy książkę traktują jak wabik. Bezdomni, którzy cieszą się, że skończyła się zima i mogą już na luzie wylegiwać się na trawie. Rowerzyści, którzy przystanęli na chwilę, aby odpocząć. Ludzie z dziećmi, ludzie z psami i ja.

Urodzona w latach 80. Wychowana w 90. Przeżyłam przełom 1999/2000, a mój komputer nie zwariował. To ja jadłam ryż preparowany, mleko skondensowane, wyrób czekoladopodobny, żułam gumę Donald i zalewałam to wszystko napojem Ptyś. Moim papieżem był papież Polak. Miałam miesiąc, jak wybuchł reaktor w Czarnobylu. Dziwię się, że jeszcze żyję. Bawiłam się z przyjaciółmi na ulicy, grając w klasy. Skakałam na gumie. Wieczorem oglądałam Misia Uszatka. Za moich czasów po raz pierwszy osoba czarnoskóra została prezydentem USA. Zburzono wieże World Trade Center, złapano Osamę bin Ladin, a prezydent Polski zginął w wypadku samolotowym. To na mnie testowano gimnazjum i nową maturę. Podczas mojego jestestwa Polska weszła do NATO i UE. W Polsce bardzo popularny był zarówno hip hop, jak i disco polo. Na moich oczach powstawał Internet, a co za tym idzie, Facebook, Instagram itp. Dziwne czasy. A ja w tym wszystkim rosłam i obserwowałam.

A na Bulwarach wszyscy leżą tak samo i wszyscy patrzą w to samo miejsce. Ale pod beretem u każdego gra co innego. Ludzie w różnym wieku z różnymi przeżyciami niby obok siebie, a jednak daleko. Bo Polska to takie miejsce gdzie parawany przeciw wiatrowi stosuje się przeciwko ludziom. Każdy uwielbia dbać o swoją prywatność, nikt nikogo do domu nie wpuszcza, a w autobusie zawsze siada tam, gdzie są dwa wolne miejsca i modli się, żeby się nikt nie dosiadł. Ogólnie mamy dziwną przypadłość zwaną niedotykalnością. Lepiej, żeby nikt na nas nie zwracał uwagi i nikt do nas nic nie mówił. A gdyby tak jakiś obcokrajowiec podszedł do nas i o coś zapytał? Uchowaj Boże! Taka nasza cecha narodowa.

Coś mnie łaskocze. O nie. Otwieram oczy, a tam dziecko. Skąd, gdzie, jak? Babcia mówiła: nie śpij, bo Ci dziecko podłożą. Nie sądziłam, że miała rację. Zaraz, zaraz nie dam Ci mojego iPhona. Sytuacja jest bardzo dynamiczna, nie za bardzo wiem, co się dzieje. Gdzie są jego rodzice? No nie, w torebce też nie wolno grzebać. Koszmar! Rozglądam się w poszukiwaniu właścicieli tego demona. Są! Na kocu kilka metrów dalej. Ale zaraz, dlaczego gapią się rozkosznie, zamiast zabrać owoc swojej miłości z mojej prywatnej przestrzeni? Ja tu muszę walczyć z jakimś Omenem, a oni zaraz będą robić zdjęcia do rodzinnego albumu z cyklu: „Kubuś odkrywca”. Dopiero jak mamuśka zobaczyła moją minę, raczyła ruszyć się w moim kierunku.

– Dzień dobry. Przepraszam, że Kubuś Panią zaczepia, ale on jest taki odważny. Nie jak inne dzieci, które boją się obcych. On zawsze garnie się poznawać innych. To taki nasz mały Kolumbik. No chodź do mamusi pysiulku mysiulku.

– Ależ nic się nie stało. Miłego dnia – silę się z całych moich sił na uśmiech.

– Dziękuję, wzajemnie. Już nie przeszkadzamy.

Zerkam jeszcze asekuracyjnie czy się oddalają. Tak. Siedzą już na swoim kocu i patrzą się na mnie jak na Breivika. A ja przecież nikogo nie zabiłam. Nie lubię dzieci i nie lubię, jak ktoś narusza moją przestrzeń. Niech ich Kolumbik szuka innego lądu. Co to było? Muszę zobaczyć czy nic mi nie zniknęło. Są metody kradzieży na wnuczka, to może teraz kradnie się na małego odkrywcę. Nic nie zginęło.

O czym to ja myślałam? Aha, o nieufności. To cud, że ja znalazłam jakichś przyjaciół. Co prawda nie ma ich zbyt wielu, a właściwie to jedynie Zośka i Olaf mogą określić się samozwańczymi przyjaciółmi. Trudno w dzisiejszych czasach o prawdziwą przyjaźń. Ludzie są jakoś strasznie zazdrośni i mam wrażenie, że wcale nie chcą dobrze dla bliźniego swego. Powiem więcej, jeden drugiego by kupił, sprzedał i jeszcze raz kupił, żeby sprzedać jeszcze drożej. Tyle nienawiści i nieufności z nas się sączy, że szkoda gadać. Wie coś o tym Olaf, który jak na młodego człowieka wiele wycierpiał. Bo przecież jego orientacja to nie jego wina.

I tutaj też, każdy leży odseparowany od drugiego człowieka murem berlińskim. Może to i dobrze. Będę miała czas wszystko w głowie przetrawić. Bo Zośka ma rację. Mam 30 lat i nic jeszcze spektakularnego nie osiągnęłam. No może poza tym, że tak długo udaje mi się przeżyć bez konkretnej pracy. Tylko że prawda jest taka, że nie łatwo w  dzisiejszych czasach być kimś. Zazwyczaj mamy jakieś plany marzenia, gdy jesteśmy młodzi, a później rzeczywistość nam to weryfikuje. Ile jest osób, które wymyśliły sobie coś w młodości a później miały w tym kierunku pracę i dużo zarabiały? No właśnie niewiele.

Myślę, że ja się właśnie tego bałam. Tego, że przyjdzie taki moment, że okaże się, że z marzeń nie da się przeżyć. Że muszę robić coś innego. I tak odciągając ten moment, dobiłam do trzydziestki. Nie wiem, jak mi się to udało. Imałam się różnych zajęć. Pracowałam w restauracji, w sklepie z ciuchami, w call center. Wszystko dorywcze, aby przeciągać złudzenie, że zarabiam, ale nie wiąże się na stałe. Dlatego zostałam hipsterką. Żeby swojemu nieróbstwu nadać szlachetny rys. Skończyłam teatrologię. Zawsze chciałam być artystką, ale mi nie wyszło. Tylko że artystycznej duszy pozbyć się nie mogę. Czy to grzech?

Niedaleko ode mnie idzie paniusia z psem, który właśnie załatwia się na moich oczach. Ale nie to jest ciekawe. Ciekawe jest, jak paniusia grzebie w torebce i udaje, że szuka woreczka, patrzy spod oka, czy ktoś to widzi, żeby uniknąć schylenia się i zabrania tego, co jej pies chciał przekazać światu i glebie. Jestem nie ugięta, gapię się na nią, wymownie i natarczywie. Mój wzrok mówi: widzę Cię i wiem, co chcesz zrobić. Ona to widzi i jest skonfundowana. Wziąć czy nie wziąć. Ja nie odpuszczam. Pies już dawno skończył. Ona stoi. Napięcie jak u Hitchcocka. Wygrałam. Z nieukrywaną satysfakcją patrzę, jak sprząta po swoim pupilu i idzie w stronę śmietnika. Patrzy na mnie mniej więcej w takim stylu: jeszcze popamiętasz. A ja cieszę się, że wypełniłam obywatelski obowiązek i uratowałam trawnik.

Ciężko jest w taki miejscu myśleć o życiu. Tyle się dzieje. Ciągle jakieś niespodziewane zwroty akcji. Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi. Teraz na miejsce rodziny Adamsów, przyszła para zakochanych. Jakimś dziwnym cudem uznali, że bulwary, na których aktualnie leży ze stu ludzi są najlepszym miejscem na okazywanie sobie czułości. Trochę empatii. Ja wiem, że aktualnie świata poza sobą nie widzą. Planują przyszłość. Ale może na tych bulwarach też leżeć ktoś taki jak ja. Pokiereszowany emocjonalnie człowiek, któremu może być przykro widzieć takie rzeczy. Bo jakoś mi się jeszcze nie złożyło, żeby się z kimś związać na dobre i na złe.

Oczywiście spotykałam się z kilkoma typami, ale prędzej czy później okazywali się tacy sami. Egoistyczni, lalusie. Bez tych najważniejszych cech: szczerość, odpowiedzialność, troska. A ja jestem takim przytulasem. Najchętniej przyczepiałabym się do partnera jak koala do drzewa i chodziła z nim cały dzień, dyndając przy nodze. Taka natura. I jest mi teraz smutno. Nie mam z kim pogadać, pospacerować, wyjść do kina. Zośka i Olaf mają swoje życie, które tylko od czasu do czasu krzyżuje się z moim. Wiem, że są kochani. Wiem, że urządzają dyżury, kto ma do mnie dzwonić i spędzać czas. Doceniam ich za to, ale nie mogę wiecznie zatruwać ich swoją osobą.

Zresztą oni też by chcieli, żebym kogoś znalazła, dlatego co jakiś czas organizują mi dziwne spotkania znienacka. A to Zośka z kimś przyjdzie na imprezę, a to Olaf kogoś przyciągnie na spotkanie. Niby tak przypadkiem się spotkali i razem przyszli. Tylko że zawsze okazuje się, że ta przypadkowa osoba jest mężczyzną w wieku około trzydziestu lat, wystrojonym i inteligentnym no i oczywiście wolnym. I o ile Zośki znajomi są spoko, o tyle Olaf zawsze przyprowadza typów podejrzanych. Czy on myśli, że jakiś jego kolega na mój widok zmieni orientację? Nie sądzę. To znaczy może by i mógł, gdyby Olaf mnie uprzedzał, że z kim przyjdzie. Mam wyszczuplające majtki Bridget Jones. Jak pociągnę się czerwoną szminką, wyglądam nieźle. Chociaż z Bridget najczęściej czerpię śpiewanie do dezodorantu All by myself. Idę do domu, bo mi się smutno zrobiło przez tych głupich ludzi.

Wyrwani z kontekstu to zaprzeczenie XIX-wiecznej idei powieści w odcinkach. Cyklicznie ukazujące się fragmenty są wyrwane z kontekstu, podobnie jak ich bohaterowie – ludzie, którzy sami nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają, współcześni trzydziestolatkowie, przedstawiciele generacji, którą badano już tyle razy, że spokojnie można by uznać ją za jednostkę chorobową. Wychowani na mainstreamowej papce lat 90., teraz wegetujący na uboczu społeczeństwa lub wijący sobie wygodne kontrkulturowe gniazdko na zgliszczach tradycyjnego społeczeństwa. Nieodróżniający rzeczywistości od mieszaniny popukuturowej ułudy i rojeń o własnej wyjątkowości.

Autorką ilustracji jest WitchArt, która rysuje, odkąd pamięta, studentka etnografii i antropologii kulturowej. Interesuje się kulturą Dalekiego Wschodu, stąd też w rysunkach pojawiają się elementy mangi, połączone z jej własnym stylem. Swoją przygodę z tabletem graficznym rozpoczęła od niedawna. Tworzy rysunki do gier planszowych, różnych publikacji oraz blogów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *