warszawa

Modna Warszawa

Przejazd autobuso-pociągiem przebiegł bez większych przygód. Udało mi się w tym czasie odbyć podróż wehikułem czasu i za sprawą typa z końca autobusu przypomnieć sobie jak szalałam na dyskotekach w rytm Spice Girls – „So tell me what you want, what you really, really want”. Dziadkowie dali mi cenną lekcję, jak nie umrzeć z głodu podczas podróży, a okularnik podsunął kilka ciekawych tytułów książek o strzyżeniu wąsa. Jednym słowem udana podróż.

Tylko walizkowy tytan w postaci tajemniczej dziewczyny nie dostarczył mi żadnych informacji o życiu. Jak się później okazało, może i lepiej. Zastanawiałam się, gdzie się zatrzymamy, czy na torach, czy przestaniemy grać w tę grę i normalnie zaparkujemy na parkingu. Na szczęście był to  jakiś Dworzec Autobusowy.

Poszłam po swoje bagaże, ale dostanie ich, nie było, jak się łatwo domyśleć, łatwe. Otóż na co dzień nieruchawi dziadkowie objęli prowadzenie. Babcia użyła kościstych łokci i już była przy bagażniku. I tu, podobnie jak w ostatnich wyborach Miss Świata, zabieram tytuł walizkowego tytana, od tajemniczej laski i wręczam podstarzałym globtroterom. Ilość walizek, reklamówek, przenośnych lodówek i woń dobrze wysmażonego bigosu świadczył tylko o jednym – przyjechali odwiedzić syna. Zaczęłam się zastanawiać czy przez moją walizkę przenikają zapachy, bo nie chciałabym siedzieć w knajpie w stolycy i capić pierogami.

Może i jestem hipsterem przesiadującym w barze mlecznym, ale teraz chciałam skończyć z tym wizerunkiem i pachnieć Chanel no. 5! Po kilku minutach i setkach komentarzy typu „Stasiu nie przechylaj tą reklamówką” oraz „Stasiu, tylko odstaw to ostrożnie”, do bram bagażnika dotarła tajemnicza. Jej cztery walizki w kolorze łososiowym pasowały do jej torebki i butów i paznokci i bluzki. Generalnie była ubrana na różowo. To trzeba kochać. Młody w kapturze poczłapał w miasto, bez bagażu. Zostałam tylko ja i okularnik. Tylko moja i jego walizka.

I w tym momencie odkryłam, że nie jestem hipsterką. Moja smutna czarna, mała, praktyczna (bo się nie brudzi) walizka kontra jego, neonowo żółta z naklejkami, naszywkami, sznurkami, dzwoneczkami i innymi -ami, które tylko mogą przyjść człowiekowi do głowy. Ja wiem, że powinno się jakoś oznaczyć walizkę, aby nie pomylić jej z inną, ale aż tak? Na bank nikt na świecie nie ma podobnej. I nie myślcie sobie, że znalazły się tam przypadkowe rzeczy. Co to, to nie. Gość, który dba o wąsa, jak o syna, nie przyczepiłby byle czego. Były naszywki z ulubionymi zespołami. Były naklejki ulubionych knajp i grafików. Były znaczki ulubionych studiów tatuażu. Właściwie co w sercu to na walizce.

Popatrzyliśmy się tylko na siebie i odeszliśmy, każdy w inną stronę. On pewny siebie, krnąbrny młodzieniec. Ja zakompleksiona, nudna dziewczyna. Zatrzymałam się i zaczęłam myśleć, właśnie tu i teraz, jakie lubię zespoły, jakie knajpy, jakie studia tatuażu. Miałam nieodpartą potrzebę usystematyzowania wiedzy na mój temat. Zanim ruszę wprost do paszczy lwa. Nagle ktoś stuka mnie w ramie. Patrzę tajemnicza landrynka. Myślę sobie, czego ona chce? Ja sama jadę na oparach egzystencji, a ona wyglądająca jak siedem nieszczęść, jeszcze coś ode mnie chce.

– Co jest? – pytam.

– Wie Pani może jak dojść do centrum?

– Matko Boska. Jak ja mam Ci wytłumaczyć jak dojść do centrum? Tu jest postój taksówek, weź jedną, podaj adres i voila – odpowiadam lekko podirytowana.

– Aha. A ile to będzie kosztowało?

– A czy ja mam tabliczkę z napisem „pomagam dostać się do centrum wszystkim podróżującym, znam ceny taksówek i większości noclegów w tym pięknym mieście”? Nie wiem, gdzie chcesz jechać, więc nie odpowiem Ci na to pytanie, ale zrobi to chętnie Pan taksówkarz – odpowiedziałam, zagryzając zęby.

– A jest jakiś inny sposób niż taksówka?

Padłam. Padłam na twarz i nie chciałam wstać. Najpierw staruszkowie a teraz ona. Czasami myślę, że wszechświat istnieje tylko po to, żeby ze mnie kpić? Byłam zmęczona podróżą, przerażona tym, co mnie czeka, a mam wyjaśniać jakiejś osobie wyrwanej z kontekstu rzeczywistości, jak wygląda system transportu miasta Warszawy? Błagam. Jak otworzyłam oczy, zobaczyłam, że dziewczyna nie odpuszcza. Wgapia się we mnie i nie chce przestać. Może przynajmniej dowiem się, po co przyjechała.

– Ok. Zacznijmy jeszcze raz. Marzena jestem – wyciągam dłoń na zgodę.

– Pocahontas.

?! Jasne, a ja jestem Królowa Śniegu (co akurat by pasowało). A już chciałam pomóc tej dziewczynie.

– Wiesz co, jak chcesz sobie ze mnie kpić, to ja nie mam czasu. Idź, czep się kogoś innego.

– Pocahontas to mój pseudonim. Przedstawiam się tak, bo chcę, żeby ludzie kojarzyli mnie z tym, co robię. Prywatnie jestem Basia.

– A co takiego robisz? Produkujesz tipi?

– Jestem blogerką modową.

Powiedziała to z taką dumą, jakby obwieściła właśnie światu, że dostała pokojową nagrodę Nobla. I nagle błysk – stąd te walizy. No proszę, nie doceniłam tego różu. Mamy tu do czynienia z osobowością typu modnisia. Spoko, każdy powinien mieć jakąś pasję.

– Aha, blogerka modowa. I przyjechałaś tu po co?

– Chciałam sobie zrobić kilka sesji przy Pałacu Kultury i w innych znanych miejscach Warszawy. To będzie nowość na moim blogu. Może nawet w przyszłości uda mi się zrobić zdjęcia w innych miastach. A może nawet za granicą.

Myślę sobie, oczywiście, że Ci się uda. Polecisz do Paryża i będziesz pytać jak z lotniska dojść do centrum. Zadziwiają mnie nieraz bezczelne marzenia ludzi.

– No to życzę sukcesów. Jak chcesz, jadę mniej więcej w kierunku centrum, podmiejskim autobusem, możesz jechać ze mną, ale dalej radź sobie sama.

– Dziękuję.

Ruszyłyśmy, ale wcale nie było to proste. Jej cztery walizki dość utrudniały poruszanie się. I tak dziwnie je prowadziła. Postanowiłam się zlitować i jej z tym pomóc, bo nigdzie byśmy nie doszły. Autobus podjechał. Wsiadamy. Oczywistym było, że Indianka nie miała biletu i nie wiedziała jak go kupić i nie wiedziała jak skasować. Zastanawiałam się, skąd jest i czy to jest w Polsce?

– Skąd jesteś? – zapytałam, żeby rozwiać wątpliwości.

– Z Alwerni. Brat mnie przywiózł pożyczonym od kolegi samochodem na dworzec. Ma też po mnie przyjechać.

– A dlaczego blog modowy?

– To długa historia. Pochodzę z bardzo dużej rodziny. Rodzice ledwo ciągnął koniec z końcem. Mam trzech braci i dwie siostry. Tata naprawia samochody od czasu do czasu, a mama opiekuje się dziećmi bogatych ludzi. Kiedyś była nauczycielką w przedszkolu, ale ją wyrzucili. Każdy z nas stara się jakoś dołożyć do rodzinnego budżetu. Najmłodszy brat np. zbiera ślimaki i je sprzedaje. Starszy wyjeżdża za granice, jak się uda. Ja pracuje jako pomoc w salonie fryzjerskim. Lubię modę. Lubię przeglądać w salonie, gdzie pracuje kolorowe pisma. Tak pięknie się ludzie ubierają. Kiedyś przeczytałam, że jakaś blogerka modowa zarabia 30 tysięcy dziennie. I sobie pomyslałam że może i ja bym mogła. Bardzo bym wtedy pomogła rodzinie, a praca łatwa. Bo co to jest zrobić kilka zdjęć w ładnych sukienkach. Brat mi pomógł założyć stronę, bo jest niezły z informatyki. I tak prowadzę mój blog już dwa miesiące. Niestety, nic nie udało mi się jeszcze zarobić, więc odłożyłam pieniądze i pomyslałam, że może pojadę zrobić kilka zdjęć w stolicy. Może to zainteresuje czytelników. Dzisiaj muszę wracać, bo jak zobaczyłam, ile kosztują noclegi, to się za głowę złapałam. Muszę się śpieszyć. Dziękuję Ci, że mi pomogłaś, bo nigdy jeszcze w tak dużym mieście nie byłam. Nawet w Krakowie bywam bardzo rzadko. To drogie miasto. Jak dojedziemy blisko centrum, to już sobie dalej poradzę. Popytam ludzi o drogę. Przebiorę się w toalecie. Już mam wszystko opracowane. A z powrotem jakoś trafię. Mam nadzieję, że ten autobus wraca na dworzec.

– Tak, wraca.

Tylko tyle mogłam z siebie wydobyć. Jaką ja jestem kretynką. Jak mi było głupio. Powinnam się wstydzić. Rozpieszczony bachor rodziców, który zastanawia się co robić, żeby się nie narobić, przekonany, że zawsze spadnie na cztery łapy, a rodzice wyciągną go z wszelkich problemów finansowych. Moim jedynym problemem jest w co się ubrać i czy to będzie odpowiednio hipsterskie. A ja się tak z tej dziewczyny śmiałam. Wiedziałam jedno, że muszę jej jakoś pomóc, tylko nie wiedziałam jeszcze jak.

Wyrwani z kontekstu to zaprzeczenie XIX-wiecznej idei powieści w odcinkach. Cyklicznie ukazujące się fragmenty są wyrwane z kontekstu, podobnie jak ich bohaterowie – ludzie, którzy sami nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają, współcześni trzydziestolatkowie, przedstawiciele generacji, którą badano już tyle razy, że spokojnie można by uznać ją za jednostkę chorobową. Wychowani na mainstreamowej papce lat 90., teraz wegetujący na uboczu społeczeństwa lub wijący sobie wygodne kontrkulturowe gniazdko na zgliszczach tradycyjnego społeczeństwa. Nieodróżniający rzeczywistości od mieszaniny popukuturowej ułudy i rojeń o własnej wyjątkowości.

Autorką ilustracji jest WitchArt, która rysuje, odkąd pamięta, studentka etnografii i antropologii kulturowej. Interesuje się kulturą Dalekiego Wschodu, stąd też w rysunkach pojawiają się elementy mangi, połączone z jej własnym stylem. Swoją przygodę z tabletem graficznym rozpoczęła od niedawna. Tworzy rysunki do gier planszowych, różnych publikacji oraz blogów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *