włoskie

O życiu po włosku

Z Olafem zawsze widujemy się we włoskiej knajpie z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego, że lubimy włoskie żarcie, a po drugie dlatego, że czujemy się jak w filmie. Olaf, dusza filmowca uwięziona w czterech ścianach urzędowego molocha, musi mieć taką odskocznię, żeby nie zwariować. Jak zwykle on jest przed czasem i siedzi przy naszym ulubionym stoliku. Każdy ma chyba swój ulubiony stolik w jakimś miejscu. Czasami się nawet złościmy, że jest prawie pusta restauracja, a ktoś sobie usiadł na naszym miejscu. Jak śmiał.

W tramwaju obowiązują podobne zwyczaje. Na przykład babcie mają swoje ulubione miejsca. Jak ktoś spróbuje na nie usiąść, musi liczyć się ze śmiercią albo chociaż z wyzwiskami. Kiedyś popełniłam ten błąd i usiadłam na miejscu jakiejś staruszki. Byłam zmęczona i chciałam jak najszybciej być w domu. Nie wiedziałam, że jest to jej miejsce. Nigdzie nie było karteczki z jej imieniem ani zdjęciem. Ja, Bogu ducha winny, zwykły pasażer, nie zostałam poinformowana o prawidłowościach występujących co czwartek po południu w tramwaju nr 19. Siedzę i czuję na sobie wzrok jakiejś babci na fotelu obok. I to nie taki ukradkiem. To było normalne gapienie się. Myślę sobie, daj mi babciu spokój, nie widzisz, jak wyglądam? Nie widzisz, że cały świat chce być dzisiaj przeciwko mnie? Ty też? Jak się później okazało, to była zapowiedź czegoś, co miało nastąpić później. Po prostu ona wiedziała o czymś, o czy ja jeszcze nie wiedziałam. I zaczęło się. Przystanek, otwierają się drzwi i wpada jak piorun do środka staruszka.

To ten typ staruszki, która bardzo wolno chodzi, ale jak wsiada do tramwaju, to uwalnia z siebie demona i pędzi do pierwszego wolnego miejsca, żeby usiąść. Takie czasy, usiądą najsilniejsi. No i ona rozpędzona kieruje się w moją stronę. Myślę, nie zatrzyma się. Jej wzrok był mieszaniną smutku, złości, rozczarowania i pogardy. Jednym słowem chciałaby, żebym nie istniała. Zatrzymała się nade mną i rozpoczął się proces wykurzania intruza. Pragnę tylko dodać, że ja zawsze ustępuję miejsca osobom starszym, ale w tym przypadku obok mnie było kilka wolnych miejsc. Ona chciała tylko jednego. Mojego. O nie, nie dam się temu świrostwu. Siedzę dalej. Babcia to jednak ostry zawodnik i pewnie już nie raz taką bitwę przyszło jej stoczyć, bo plan miała opanowany do perfekcji. Zaczęło się od chrząkania, typu przepraszam, jestem stara proszę mi ustąpić miejsca. Ja nic. Następnie rozpoczęło się szturchanie. Niby przez przypadek. Ja nic.

Później ofensywa zaczęła nabierać tempa i przybrała formę publicznej zniewagi. Babcia zaczęła na głos niby do siebie, niby do innych a tak naprawdę do mnie mówić: „ta młodzież w dzisiejszych czasach jest niewychowana, to już nie te czasy, kiedy to młody człowiek wstawał od razu, gdy starsza osoba była w pobliżu”. O nie babciu, ja nie jestem taka prosta, staraj się dalej. Ciekawe ile ma jeszcze technik? Już i tak wszyscy się na mnie patrzą i obstawiają, kto wygra. Na końcu tramwaju jakiś koleś przyjmuje zakłady bukmacherskie. Staruszka to zawodnik wagi ciężkiej, a ja świeżak, więc głosy przeważają na korzyść babci. Swoją drogą, nie wiem, czy jest jej wygodnie tak stać kilka przystanków, ale to jej wybór.

Wtem zaczął się atak bezpośredni „przepraszam, czy mogłaby Pani ustąpić mi miejsca?”. Te słowa plus wzrok mordercy lekko mnie poruszyły, ale jeszcze nie na tyle, żeby wstać. Odpowiedziałam więc „mogłabym Pani ustąpić miejsca gdyby nie było wolnych, proszę wybaczyć, ale nie będę się przesiadać”. Tego się nie spodziewała, to ją wybiło totalnie. Pewnie liczyła, że wstanę grzecznie i dla świętego spokoju usiądę w innym miejscu. Jakże się myliła. Jeszcze mój grzeczny ton. Zyskałam w oczach innych, widziałam zachwyt i podziw, a ilość postawionych na mnie pieniędzy dwoiła się i troiła. Ostania prosta, teraz albo nigdy „szanowna Pani, proszę uszanować prośbę starszej osoby, to moje miejsce, ja tu siedzę zawsze i ciężko jest mi siadać gdzie indziej, bo jest to daleko od wejścia”. Kłamstwo, ale niech jej będzie.

Na koniec ja „proszę Pani, jestem w zagrożonej ciąży, nie mogę dużo chodzić i się przemęczać, jeśli mam dla Pani widzimisię przesiąść w inne miejsce, to jest to z Pani strony spory nietakt, jak widać, młodzi ludzie też mogą mieć swoje dolegliwości i powody do siedzenia w takim a nie innym miejscu”. Powiedziałam to tak głośno, jak tylko potrafiłam, zachowując równocześnie spokój i opanowanie. Jeden zero. Nokaut. Nienawistne spojrzenia innych pasażerów na tę staruszkę były bezcenne. Czułam triumf. Tylko ta babcia, która wcześniej się na mnie znacząco patrzyła, była po stronie babci. Pewnie stosuje te same techniki, ale dziś ma wolne, bo siedzi na swoim. Jak nie trudno się domyślić, babcia nie usiadła na żadnym wolnym miejscu. Przeczekała do swojego przystanku i wysiadła. A dla mnie biły brawa we wszystkich sercach obserwatorów. Nie dajmy się zwariować.

Gdy ocknęłam się z moich przemyśleń, zobaczyłam, że stoję jak kretynka przed szybą restauracji, a Olaf macha i krzyczy jak oszalały. Trauma powróciła, znów wszyscy się na mnie patrzą. No nic, wchodzę, niech to już się skończy.

-Cześć, jak Ci się udało zająć nasz stolik w piątek wieczorem?

-Witaj, jest na to jeden sposób – rezerwacja.

-Bardzo śmieszne, ale dzięki, że pomyślałeś. To miłe, że się ze mną spotkałeś. Przepraszam, że byłam dla Ciebie niemiła i że się nie odzywałam, ale mam kryzys. Może Ty mnie zrozumiesz, bo Zośka ze mnie kpi i chyba myśli, że oszalałam. Zaczyna mnie dopadać kryzys wieku średniego. Już nie mogę…

-Co podać?

-Ja poproszę krem z pomidorów oraz makaron z łososiem i dużo Prosecco.

-Co to znaczy dużo?

-Butelkę poproszę.

-Dla mnie sałatkę z kozim serem i dorsza w papilotach.

-Ty kiedyś skończysz z tą dietą? Aż jest mi głupio, że ja zapycham się makaronem, a Ty jedziesz na sałatkach.

-Ale to nie jest dieta, ja to po prostu lubię, a że przy okazji jest zdrowe, to chyba lepiej.

-Nieważne, na czym skończyłam?

-Na kryzysie?

-Tak, już nie mogę dłużej być żenującą starą panną, bez pracy, bez mieszkania, błądzącą w obłokach.

-To znajdź pracę.

-Olaf, proszę Cię, nie takiej rozmowy oczekuję. Przecież mnie znasz, wiesz, jaka jestem. Nie chcę wykonywać jakiejś nudnej pracy. Chcę robić coś kreatywnego. Wiem, jak wygląda życie w korporacji. Nie masz chwili wolnego, to jest jak sekta. Zabiera Ci wszystko, życie, rodzinę, marzenia. W zamian za kasę. Dużo kasy. Tylko co z tego, jak nie masz jej kiedy wydać?

-Ja przepraszam, że pozwolę sobie zauważyć, ale Ty nie masz nic do stracenia. Nie masz rodziny, nie wiesz co ze sobą zrobić, nie wiesz, czego chcesz. Może taka praca by Ci się teraz przydała. Znasz włoski. Firmy potrzebują ludzi ze znajomością języków do kontaktu z klientami. Zarobisz trochę, ktoś się Tobą zaopiekuje, bo z tego, co wiem, oferują tam opiekę medyczną, siłownię. Poznasz ludzi. Co Ci szkodzi?

Kelner w międzyczasie przyniósł wino i przystawki. To był dobry moment, żeby zyskać chwilę i się uspokoić, bo Olaf zaczyna mnie denerwować.

-Nie, jednak mnie nie rozumiesz. Wiem, że chcesz dla mnie dobrze, ale przemawia przez Ciebie rozsądek. Wiesz, że bym wszystkich tam pozabijała. Ja się nie nadaję tak jak Ty do siedzenia przez ileś godzin w jednym miejscu i tak codziennie. I to jeszcze z jakimiś snobami, którzy są sztywni i fałszywi i wcale nie chcą się z Tobą integrować, mimo setek imprez wymyślanych przez zarząd.

-To zróbmy inaczej, to znaczy tak jak zwykle. Po prostu mi powiedz, czego ode mnie oczekujesz? Jakiej odpowiedzi, to Ci jej udzielę, bo na pewno nie chcesz szczerej porady.

-Czemu mi to robisz? Czemu jesteś taki nieempatyczny? Widzisz, że jestem rozwalona na łopatki, że grunt wali mi się pod nogami. Za chwilę podejmę jakąś głupią decyzję, a Ty mi nawet w tym nie przeszkodzisz, bo skupiasz się tylko na tym, aby wykonać przyjacielski obowiązek i uświadomić mi, że moje decyzje są dziecinne, a Ty masz dorosłe pomysły i to je powinnam spełnić. Ogarnij się. Wyjdź trochę z tych butów urzędnika i uwolnij artystyczną duszę. Chyba że urząd zabił w Tobie wszystko, co miałeś najfajniejsze i teraz myślisz tylko przez pryzmat druczków.

-Uważaj, bo powiesz za dużo. Ja rozumiem, że jesteś zdenerwowana i że masz problem, o którym nawet jeszcze nie wiem, bo nie zdążyłaś mi powiedzieć. Od początku już mnie atakujesz i oczekujesz wsparcia, którego nawet nie umiem Ci dać, bo nie wiem, o co Ci chodzi. Zachowujesz się, jak rozkapryszona panienka i jeśli chcesz, żebym z Tobą został, to zmień ton. Poza tym, ja też istnieję i też mam swoje problemy, o których nawet nie chcesz słyszeć. Nie widzieliśmy się sporo czasu, nie odbierasz telefonów i nie oddzwaniasz. Przypominasz sobie o przyjaciołach, jak masz problem, nie dając niczego w zamian.

-Przepraszam, ale chyba mam już dość.

-Spokojnie, zacznijmy od początku. O co Ci chodzi?

Na stół wjechały dania główne. A ja już czułam moc bąbelków w głowie. To wszystko jest dla mnie za trudne. Ale czuję, że skoro już wciągnęłam Olafa w swoje żale, to muszę mu opowiedzieć o wszystkim.

-Starałam Ci się powiedzieć to, że w końcu muszę podjąć jakąś decyzję. Rozmawiałam z mamą i powiedziała, że daje mi czas do końca roku i muszę się jakoś ustatkować, bo więcej nie da mi kasy. A jak wiesz, z dorywczych prac się nie utrzymam, nie w Krakowie, a stąd nie chcę wyjeżdżać. Mieszkam tu już dziesięć lat. I teraz jestem w rozterce, bo ja chcę pracować, ale nie chcę robić czegoś prostego, co już raz na zawsze przekreśli moje szanse na robienie czegoś wyjątkowego. Ja wiem, że nie myślę jak trzydziestolatka, że w moim wieku dziewczyny mają męża, dzieci, pracę i kredyt hipoteczny. Ja tego wszystkiego nie chcę. Może poza partnerem, bo brakuje mi kogoś, żeby już Was nie męczyć moją osobą. Wymyśliłam sobie, że będę na Kazimierzu w jednym ze sklepów sprzedawać jakieś rękodzieła, mogę ja coś zrobić od czasu do czasu. Tylko na tym kokosów nie zbiję. Sama już nie wiem.

-Nie można było tak od razu? Więc wkurzyłaś się na mamę? Ale to było do przewidzenia. Prędzej czy później musiałabyś się czymś zająć. Chyba że byłabyś z bogatym kolesiem, który będzie Cię utrzymywał. Ale w tym kierunku też nie wiele robisz.

-Nie za bardzo rozumiem, a jak mam coś robić w tym kierunku? Do portalu randkowego się zapisać, czy wywiesić sobie karteczkę „do wzięcia”?

-Jak zwykle czepiasz się tej części wypowiedzi, która nie jest istotna. Wiesz, co mam na myśli. Nie wychodzisz nigdzie, nie poznajesz nowych ludzi, a jak ja Ci kogoś przedstawiam, to zachowujesz się jak kretynka, która postradała zmysły.

-No, jak mi gejów przedstawiasz, to jak mam się zachowywać?

-Gejów? Co Ci przyszło do głowy? Myślisz, że każdy zadbany facet to gej? Ja mam też innych znajomych, wiesz? Poza tym, dlaczego miałbym Ci przedstawiać gejów? Nieważne. W każdym razie to jeden z elementów Twojego niepoukładanego życia. Masz 30 lat, ponoć dla kobiety to przełom. Powinnaś niezależnie od tego, co mówi Twoja mama wziąć się za siebie. Nie uciekniesz od odpowiedzialności.

-Ale ja nie uciekam. Ja tylko chcę być jedną z tych osób, dla których praca jest pasją, a nie przymusem. Bo ja wiem, że w takiej pracy długo nie wytrzymam. A muszę coś teraz znaleźć na lata. Nie mogę co 5 lat przewartościowywać swojego życia. Przecież aktorzy, malarze, pisarze zajmują się czymś twórczym przez całe życie i to jest ich praca.

-Ja Cię rozumiem, ale ja nawet nie wiem, co chcesz twórczego robić. Przecież znamy się trochę. Jedyne, co robisz to ładne szaliki na szydełku. Boję się jednak, że nawet jeśli to Twoja pasja, to trudno Ci będzie z niej długo wyżyć. Nie mówiąc już o jakiś strasznych obrażeniach rąk, których możesz dostać. Innych artystycznych skłonności u Ciebie nie widziałem. Możesz się obrażać, ale taka jest prawda. Żyjesz w jakimś złudzeniu, poważnie. Studiowałaś teatrologię i to Ci właśnie pomieszało w głowie. Pamiętam, jak chodziłaś dziwnie ubrana, opowiadałaś o jakiś kosmicznych sztukach teatralnych, o których nikt nie słyszał, twierdząc, że to właśnie one najbardziej wpłynęły na ludzkość i sztukę jako taką. Myślałaś wtedy, że będziesz scenopisarzem. Studia się skończyły, a Ty rzuciłaś się w wir dorywczych prac. Pewnie dlatego, że wiedziałaś, że nie będziesz nic pisać, a nie chciałaś się przyznać, że skończyłaś jak większość studentów po ambitnych studiach. Bez niczego. I tak przeleciało Ci pięć lat koło nosa. W międzyczasie odkryłaś, że jest coś takiego jak hipster. Postanowiłaś nim być. Dzięki temu nadal mogłaś nosić dziwne ubrania i godzinami gadać o sztuce przy kubku kompotu. Młodość powróciła, mimo że z każdym rokiem miałaś coraz więcej lat na karku. Imałaś się różnych rzeczy. Pisałaś CV i liczyłaś, że pewnego dnia ktoś zapuka do Twych drzwi i zaprosi Cię do jakiejś wspaniałej współpracy. Nic takiego się nie stało. Pomyśl, jak wyglądało Twoje dotychczasowe życie. Żebranie o uwagę, o pracę, o miłość. A gdzie w tym wszystkim Ty? Gdzie Twoja wartość? Czemu płaczesz? Uraziłem Cię?

-Nie. Mówisz prawdę. Tak jak zawsze myślałam, jestem beznadziejna i śmieszna w tym, co robię. To moje karykaturalne wyobrażenie siebie jako wielkiej artystki. Masz rację, studia dużo we mnie zmieniły i zaszczepiły chęć bycia sławnym. Brakowało mi w życiu miłości i chciałam, żeby mnie kochało i podziwiało mnóstwo ludzi. Od kiedy mama mi powiedziała, że mi już nie pomoże wpadłam w popłoch. Chciałam szybko się określić. Ale nie jest to proste. Chyba mnie rozumiesz. Sam masz marzenia. Nie chcesz spędzić życia w urzędzie, chcesz coś po sobie zostawić. Chcesz coś innym przekazać. Ja też. Ja czuję, że jestem tu po coś. Że mam coś do powiedzenia, tylko muszę znaleźć odpowiedni nośnik, który to przekaże. Muszę to jeszcze wszystko przemyśleć i w niedługim czasie podjąć jakąś decyzję. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś. Powiedz lepiej co u Ciebie? Chwilę się nie widzieliśmy.

-Wiesz co, może chodźmy już stąd, bo kelnerzy na nas dziwnie patrzą. Dawno już zjedliśmy, Ty siedzisz i ryczysz. Może myślą, że Cię rzuciłem czy coś.

-Masz rację, chodźmy. Poprosisz o rachunek?

Wyrwani z kontekstu to zaprzeczenie XIX-wiecznej idei powieści w odcinkach. Cyklicznie ukazujące się fragmenty są wyrwane z kontekstu, podobnie jak ich bohaterowie – ludzie, którzy sami nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają, współcześni trzydziestolatkowie, przedstawiciele generacji, którą badano już tyle razy, że spokojnie można by uznać ją za jednostkę chorobową. Wychowani na mainstreamowej papce lat 90., teraz wegetujący na uboczu społeczeństwa lub wijący sobie wygodne kontrkulturowe gniazdko na zgliszczach tradycyjnego społeczeństwa. Nieodróżniający rzeczywistości od mieszaniny popukuturowej ułudy i rojeń o własnej wyjątkowości.

Autorką ilustracji jest WitchArt, która rysuje, odkąd pamięta, studentka etnografii i antropologii kulturowej. Interesuje się kulturą Dalekiego Wschodu, stąd też w rysunkach pojawiają się elementy mangi, połączone z jej własnym stylem. Swoją przygodę z tabletem graficznym rozpoczęła od niedawna. Tworzy rysunki do gier planszowych, różnych publikacji oraz blogów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *