dylematy

Poranne dylematy

Wstałam o jedenastej z totalnym bólem głowy. Prosecco. A jakże! Zaczęłam sobie wszystko przypominać. Cały długi dzień, a na końcu Olaf i jego opowieść o księdzu. Czy to działo się naprawdę? Muszę doczłapać się do kawy, może kofeina pozwoli mi to wszystko ogarnąć.

Jak zwykle dzień muszę zacząć od fejsa. Może kolejna moja koleżanka wyszła za mąż lub urodziła dzieci? Powinnam być na bieżąco. Wtedy szybko napiszę gratulacje, a w głębi serca trafi mnie szlag. Oby im się nie udało. Na szczęście spokój. Jeszcze tylko szybki ogląd czy ktoś polajkował moją radosną twórczość oraz narcystyczne uwielbienie, czyli zdjęcie szalika, oraz mnie siedzącej nad Wisłą. Jeden lajk i to od cioci. Świetnie. Pewnie spodobał jej się szalik. No nic, kończę ten przegląd ludzkich szczęść i tragedii. Można spokojnie poczytać co w polityce. Tak naprawdę guzik mnie obchodzi, co się dzieje, ale muszę wiedzieć.

Nigdy nie wiem, z kim będę rozmawiać i na jaki temat. Uwielbiam takie chwile, gdy spotykam nowych ludzi, opowiadam o swoim ciekawym życiu pełnym projektów, a potem wyskakuję z jakąś nowinką o notowaniach giełdowych, albo nowym prezydencie Słowacji. Punktuję w oczach wszystkich zgromadzonych. Myślą sobie, o proszę, nie jest z niej taka pusta lala. Żeby tylko wiedzieli, ile ja nad tym siedzę. Czasami w telefonie sobie coś zapisuję i powtarzam w ciągu dnia: WIG20, WIG 30, mWIG40. Szaleństwo, ale skuteczne.

Tak naprawdę to tylko czekam, aż wypełnię swój rytuał i szybko zjadę na sam dół strony a tam najciekawsze. Kto z kim, w jakiej sukience i dlaczego od Chanel? Dzięki tym wpisom mam przynajmniej poczucie, że na świecie są problemy ważne i mniej ważne. Przecież wiadomo, że mniej ważne jest podjęcie decyzji w sprawie bezpieczeństwa narodowego niż dobranie sukienki na rozdanie nagród w Cannes. Bo o bezpieczeństwie napisze może jedna branżowa gazeta, a o sukience będzie mówił cały świat. Źle dobrana może nawet zniszczyć karierę i życie aktorki. To są poważne problemy tego świata. Dlatego z nimi też muszę być na bieżąco, ale w towarzystwie tą wiedzą się nie chwalę. Mało kto podziela mój pogląd na ten temat.

Zaczyna burczeć w brzuchu, to dobry znak. Będę żyć. Idę schrupać jakieś pieczywo z serkiem i pomyślę co dalej. Dzisiaj jest sobota. W końcu moi przyjaciele mają wolne. Mogę się z nimi spotkać. Olafa zostawię w spokoju. Nie za bardzo wiem co mu powiedzieć. Ani nie przemyślałam swojego życia, ani nie potrafię się odnieść do jego. Chociaż wiem, że ta konfrontacja mnie nie ominie. Zostaje Zośka. Domyślam się, jaki będzie scenariusz. Zadzwonię, a ona naburmuszonym głosem powie: co, Olaf dał Ci kosza?, albo: przyszła koza do woza. No ale cóż, nauczyłam się to ignorować i przechodzić do sedna sprawy. Lata praktyki. Zacznę od prysznica, a później zobaczę, czy mam siłę na potyczki z przyjaciółką.

Po prysznicu zawsze mam więcej energii i lepsze nastawienie do życia. To pewnie za sprawą olejku pod prysznic, producent twierdzi, że zapach cytrusów daje kopa na cały dzień. Niesiona wonią pomarańczy dzwonię do Zośki. A co mi tam.

– Cześć Zocha, jak tam plany na weekend? – pytam zaczepnie jak gdyby nigdy nic.
– A co chcesz się spotkać, czy nagle zaczęło Cię interesować, co się dzieje w moim życiu? – odpowiada ze złością.

Oho nie trafiłam w dobry czas. Albo coś nie tak w pracy, albo facet, albo ja. Muszę przyznać, że tak rzadko widzę się ze swoimi przyjaciółmi, że nie wiem co u nich słychać. Może spróbuję jeszcze raz.

– Zocha daj spokój. Jak słyszę, to ani ja, ani Ty nie mamy dobrego nastroju. A jak się nie ma dobrego nastroju to na pomoc muszą przyjść bąbelki – chociaż przypominając sobie wieczorny helikopter i poranne samopoczucie nie wiem, czy to taki dobry pomysł, ale wiem, że muszę ratować przyjaciółkę, nawet kosztem własnego zdrowia, niech stracę – co powiesz na spotkanko w Wine&Wine?
– Nie mam ochoty pić, nie mam ochoty jeść, nie mam ochoty żyć – mówi z irytacją.
– Widzę, że może Ci pomóc tylko jedno. Topienie smutków w galerii butków. Chodź na zakupy, zobaczysz jaki piękny jest świat. Nie daj się prosić. A jak zechcesz pogadać, to zawsze na jakieś Taco możemy przysiąść – podstępna sztuczka, ale wiem, że meksykańskie jedzenie, jest tym, czego Zośka nie jest w stanie odmówić.
– Niech będzie, ale jak nie będą mieli burrito z kurczakiem, to stracisz życie.

Trafiony zatopiony. Umówiłyśmy się na 14.00 w Plazie. Uwielbiamy tę Galerię, bo tam nigdy nie ma tłumów. Zawsze masz ciuchy we wszystkich rozmiarach. No i nie musisz iść na kawę do palmiarni, gdzie sztuczne małpy drą Ci się nad głową, a ludzie wrzucają swój ostatni grosz do fontanny, licząc po cichu, że jeszcze tu wrócą. A czemu mieliby nie wrócić do galerii?

Muszę się pomalować. Zawsze się maluję, jak gdzieś wychodzę. Nie jakoś spektakularnie, ale cienie pod oczami zakryć trzeba, a i rzęsy musnąć tuszem, bo dziwnie wyglądam bez rzęs. Ogólnie nie rozumiem kobiet, które się nie malują, bo nie muszą! Szczyt egoizmu. Uważam, że doprowadzenie się do względnego porządku jest naszym obowiązkiem względem społeczeństwa. Myślicie drogie panie, że ludność tego świata chce oglądać wasze worki i cienie pod oczami, rozszerzone naczynka czy krosty wszelakiej maści. Nie! Nie chce! Ja nie mówię tu o wyjściu do Biedsy, bez przesady. Ale do galerii handlowej czy na spacer to na pewno.

Myślę, że ja bardzo zwracam na to uwagę, bo nie ukrywam, szukam drugiej połówki. Nigdy nie wiem, kiedy może się to wydarzyć. Upadnie mi coś w sklepie, a ON mi to podniesie i poda. I popatrzy w moje piękne zielone oczy. Dobrze by było, żeby nie były podkrążone. Wiem, wiem scena jak z tandetnej komedii romantycznej, ale niestety żywię się nimi ostatnio, więc ambitniejszych fantazji nie mam. Oczywiście jak już spotkam tego jedynego i wezmę z nim ślub, jak z bajki (a jakże!) to nie przestanę o siebie dbać.

Bo jest coś denerwującego w kobietach po ślubie. A już po ciąży to w ogóle. Tłuste włosy, zero makijażu i dres – obowiązkowo szary i powyciągany. Mam takie koleżanki ze szkoły, które jak spotkam na ulicy, to oczy przecieram. W liceum seksbomby, a teraz tylko bomby, kaloryczne. Koszmar. Czy tak trudno o siebie zadbać? Czy jak zaklepią swojego chłopa to już spokój? A później wielce zdziwione, że zdradził ze swoją koleżanką z pracy. Wcale nie młodszą, tylko zadbaną. Powinien powstać poradnik „Jak wyjść za mąż i się nie zapuścić?”. Krótkie opisy plus zdjęcia: przed i po. Oraz obowiązkowo skrócona wersja do powieszenia na lodówce.

Ja do urodziwych nie należę. Jak dorastałam i narzekałam na brak kawalerów, to babcia mówiła, że się jeszcze wyrobię. Ale z czym? Ze znalezieniem chłopaka do 30.? Poza tym dużym problemem było to, że jestem grubej kości. Nie mylić z otyłością. Ludzie otyli są grubi, bo nie dbają o dietę, a ja na moje kości nigdy nie miałam wpływu. Jadłam normalnie jak każdy człowiek. Mama mówiła, żebym dużo jadła, bo rosnę. Wychowałam się na pierogach, schabowych, pomidorowej, mielonych, plackach ziemniaczanych. Nie było jarmużu, nasion Chia, owoczów Goji, topinambura czy innych tego typu dziwactw. I mimo tego, że co niedzielę pałaszowałam smażone na smalcu kotlety, podlewając to wcześniej rosołem i przykrywając sernikiem, nie mam problemów z wagą.

Dość już tych gastronomicznych fantazji. Muszę jakoś przekonać Zośkę do zwierzeń, bo nie ukrywam, małe quesadillas wrzuciłabym na ruszt.

Wyrwani z kontekstu to zaprzeczenie XIX-wiecznej idei powieści w odcinkach. Cyklicznie ukazujące się fragmenty są wyrwane z kontekstu, podobnie jak ich bohaterowie – ludzie, którzy sami nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają, współcześni trzydziestolatkowie, przedstawiciele generacji, którą badano już tyle razy, że spokojnie można by uznać ją za jednostkę chorobową. Wychowani na mainstreamowej papce lat 90., teraz wegetujący na uboczu społeczeństwa lub wijący sobie wygodne kontrkulturowe gniazdko na zgliszczach tradycyjnego społeczeństwa. Nieodróżniający rzeczywistości od mieszaniny popukuturowej ułudy i rojeń o własnej wyjątkowości.

Autorką ilustracji jest WitchArt, która rysuje, odkąd pamięta, studentka etnografii i antropologii kulturowej. Interesuje się kulturą Dalekiego Wschodu, stąd też w rysunkach pojawiają się elementy mangi, połączone z jej własnym stylem. Swoją przygodę z tabletem graficznym rozpoczęła od niedawna. Tworzy rysunki do gier planszowych, różnych publikacji oraz blogów.

6 komentarzy

  • „Ogólnie nie rozumiem kobiet, które się nie malują, bo nie muszą! Szczyt egoizmu.” – dobre , popieram, bede powtarzal. czasami takie raszple chodzą po ulicach i jeszcze sa z tego dumne!

    • Dziękuję za komentarz. Proszę pamiętać, że to literacka fikcja. Nie namawiam w niej do hejtu w rzeczywistości. Pozdrawiam

  • Fajne ujęcie 🙂 Podoba mi się narracja w tym tekście, chociaż przyznam, że trochę przypomina mi to „Pokolenie Ikea”, które teraz kończę z trudnem czytać.

    • Dzięki za komentarz 🙂 ja tej książki nie czytałam 🙂 skoro piszesz, że z trudem czytasz, to się do niej nie zabiorę 🙂 mam nadzieję, że moje teksty nie czyta się z takim trudem 🙂 w końcu to lekkie wpisy na bloga, a nie książka. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *