hipochondria

Hipochondria testosteronu

Czy też tak macie, że jak Wasz partner choruje, to trzeba wzywać grabarza, a dla Was egzorcystę? Bo ja tak mam. Nigdy nie przestanie mnie dziwić, dlaczego mężczyzna przeżywa przeziębienie jak chorobę śmiertelną.

Do napisania tego postu natchnęła mnie choroba mojego męża, chociaż choroba brzmi zbyt poważnie. Przeziębienie. Moje doświadczenie związane z tym wydarzeniem, postaram się opisać według etapów lub faz, jak kto woli. Z racji tego, że odpukać, mój mąż nie choruje na poważne choroby, a tylko na przeziębienie od czasu do czasu, wyspecjalizowałam się w tym jak, to przetrwać. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby dopadła go grypa.

1. Armageddon nadchodzi.

Zaczyna się dość niewinnie, chociaż ja już wtedy wiem, że rozpęta się piekło. Mąż jest osłabiony, milutki, prosi o herbatkę z cytrynką i miodkiem. Chce leżeć pod kołderką i sugeruje, że wyprowadzanie psa i wynoszenie śmieci przez najbliższe dwa tygodnie to moja fucha. Ja w tym czasie, wiedząc, w jaką to stronę zmierza, szukam wieńca pogrzebowego, kupuję zapas cytryn, robię rosół i modlę się, żeby to rozeszło się po kościach. Zapomniałam dodać, że mąż jeszcze nie ma podwyższonej temperatury, jedyne co mu dolega to lekki katar, ale już wtedy warto zatroszczyć się o zwolnienie z pracy.

2. Śmierć już puka do drzwi.

To stan, w którym do męża nie docierają żadne argumenty. Do kataru doszedł kaszel, więc jest przekonany, że umrze, wymienia nieskończoną ilość rzeczy, które mu dolegają. Nie chce uwierzyć, że to przeziębienie, nie chce iść do lekarza. Sprawdza w internecie, gdzie kremuje się ludzi. W tej fazie moja rola ogranicza się do zejścia z drogi.

3. Tylko ciasteczka mogą pomóc.

Emocje trochę opadają. Katar, kaszel i bolące gardło. Nie ma wyjścia, zaczęło się przeziębienie. Mąż też już to potwierdza. Wtedy zaczyna się czas wspominania, co mama mu przygotowywała, jak był chory. Problem tkwi w tym, że co przeziębienie, to inne rzeczy. Więc nie mogę się odpowiednio do tego przygotować. Ostatnio na topie były czekoladowe ciasteczka i mleko. O jakże się mylicie, jeśli myślicie, że to błahostka. Bo o ile mleko to mleko, to czekoladowe ciasteczka są czymś niemożliwym to zdobycia. Chodzi oczywiście o konkretne czekoladowe ciasteczka, smakujące jak skondensowane kakao, kruche, które można moczyć w ciepłym mleku. Podziwiam moją teściową, bo jeśli faktycznie takie zachcianki mój mąż miał w młodości, to nie wiem, jak to znosiła. To zdecydowanie najgorszy dla mnie czas, bo jeszcze nigdy nie udało mi się dokładnie trafić w gust. Zawsze jest to „no dobra, może być”.

4. Katatonia i pogodzenie z losem.

Czyli zupełny bezruch. Wszystkie powyższe objawy się utrzymują. Temperatura równo 37 (mierzona co godzinę!). Trudnością zaczyna być wstanie do toalety. Ciasteczka nie pomagają. Próbuję z rosołem, miodem, czosnkiem, malinami, imbirem. Wspomagam się Aspiryną i wit. C. Wtedy też przychodzi najukochańszy dla mojego męża czas. Smarowanie się tak zwanym Vikiem. On go uwielbia, jest od niego uzależniony i jestem prawie pewna, że robi wszystko, żeby zachorować i móc się nim natrzeć. Ja z kolei go nie lubię, ale cóż, nie ja się tu liczę. Zapomniałam tylko dodać, że ja funkcjonuję normalnie, czyli przyjmuję pacjentów, piszę bloga, wyprowadzam psa, sprzątam kuwetę, karmię zwierzęta, sprzątam cały dom, piorę, gotuję, nadskakuję. I czekam. Czekam, aż się to już skończy. Nie tylko dla dobra mojego męża, ale i siebie. Na szczęście mąż ciągle śpi lub przegląda internet (na to ma siły), więc jest względny spokój.

5. Powolny powrót do żywych.

Objawy mijają, wraca stary mąż. Wracają humorki. Życie wraca do normy. Choć nie do końca, ponieważ ja nadal wyprowadzam psa i wynoszę śmieci, żeby go nie przewiało. No i przed każdym wyjściem trzeba nałożyć gruby sweter, kalesony i grube skarpety. Profilaktycznie należy jeszcze podawać rosół, herbatę, sok malinowy, imbir, miód. Nie można się też przemęczać. Na wszelki wypadek czekoladowe ciasteczka też mogą jeszcze zostać.

Oczywiście, ja sobie z choroby nie żartuję. Jestem wdzięczna, że jakoś z mężem nie chorujemy poważnie. Bawi mnie tylko sposób, w jaki się to zazwyczaj odbywa, a wierzcie mi, nie przesadzam. Opis mojego przeziębienia wyglądałby mniej więcej tak: nic się nie zmienia, oprócz brania Aspiryny. Tyle. Co innego grypa. Z tym nie ma żartów, trzeba się wygrzać i koniec. Ale moja teściowa jest lekarzem, więc nad tym czuwa. Moja mama dostarcza nam wyśmienite nalewki malinowe swojej roboty, więc jesteśmy zaopatrzeni.

Tak sobie też myślę, że jakby kiedyś mężczyźni tak przechodzili przeziębienie to nie wiem, czy nie zatrzymalibyśmy się na średniowieczu. Wyobrażacie sobie, że faceci zbierają się na bitwę pod Grunwaldem wtem jeden mówi „nie ma szans, nie idę, leje mi się z nosa jak cholera, wracam do domu, niech stara mi zrobi rosół”. Nie daj Boże, żeby wirus się rozniósł i byłoby pozamiatane.

Chociaż myślę sobie, że dobrze, że mamy teraz takie czasy. Kiedyś na mężczyznach spoczywał zbyt duży obowiązek i zbyt duża presja. Nie mogli sobie pozwolić na słabość. W Czarny Czwartek ponoć mężczyźni skakali z okien, bo nie byli sobie w stanie poradzić ze spadkiem cen na giełdzie. Dzisiaj też są jeszcze tacy, którzy ambicjonalnie podchodzą do pracy. Na szczęście nie mój mąż. Od biedy mogę mu już ten rosół od czasu do czasu ugotować.

17 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *