psychoterapeutką

Jak zostałam psychoterapeutką?

Od siedmiu lat zajmuję się psychoterapią. Jest to zarówno mój zawód, jak i pasja. Trochę się musiałam namęczyć, aby znaleźć się w punkcie, w którym jestem. Opowiem Wam, jak to się stało, że poszłam w ślady Zygmunta Freuda. 

Mam wrażenie, że posiadam dar słuchania. Odkąd pamiętam, zawsze byłam osobą, której powierzano najskrytsze tajemnice, a moje koleżanki wypłakiwały mi się w ramię. Do tej pory, gdy jadę pociągiem lub nawet kupuję wodę w sklepie, zdarza mi się wysłuchać opowieści życia jakiejś starszej pani. Jakoś tak jest, że wzbudzam publiczne zaufanie.

Jednak do głowy mi nie przyszło, żeby się tym zajmować. Jak byłam mała, chciałam być aktorką. Później myślałam nad ekonomią lub medycyną. Wiem zupełnie różne bieguny, ale byłam dobra i z matematyki i z biologii. Pierwszy raz, kiedy pomyślałam o psychoterapii, to było w liceum. Wpadła mi w ręce książka Zygmunta Freuda „Wstęp do psychoanalizy”. Zachwyciłam się nią. Zupełnie zmieniła moje myślenie o ludzkiej psychice. Później sięgnęłam po „Psychologię i życie” Zimbardo i przepadłam. To opasłe tomiszcze pochłonęło mnie do reszty. Gdy przyszedł czas, na podjęcie decyzji, kim będę jak dorosnę, czyli wybór przedmiotów na maturę, przeżywałam katorgę. Nie potrafiłam się zdecydować. W końcu padło na pedagogikę resocjalizacyjną. Nie pytajcie, dlaczego nie psychologia lub psychiatria. Nie wiem. Tak postanowiłam.

Podczas studiów rzuciłam się w wir pomocy trudnej młodzieży. Odbywałam praktyki w Domu Dziecka i Placówkach Opiekuńczo Wychowawczych. Zobaczyłam bardzo dużo zagubionych młodych ludzi. Bardzo chciałam im pomóc, ale nie zawsze potrafiłam. Na studiach poznałam też wybitnych nauczycieli, którzy bez reszty byli oddani swojej pracy. Przyjemnie mi się studiowało. Na czwartym roku miałam przedmiot związany z terapią rodzin. Zobaczyłam, że to jest właśnie ten sposób, w jaki można pomagać nie tylko młodym ludziom, ale całym rodzinom. Po którychś zajęciach podeszłam do prowadzącej – psychoterapeutki – i zapytałam, jak mogę stać się kimś takim, jak ona. I to był największy przełom mojego życia. Wszystko ułożyło się w jedną całość – wiedziałam, że chcę zostać psychoterapeutką.

Zaczęłam się rozglądać za odpowiednią szkołą. Wybór padł na Szpital im. J. Babińskiego, który organizował świetny, czteroletni kurs psychoterapii. Aby się tam dostać, trzeba było ukończyć psychiatrię, psychologię lub jakiś kierunek humanistyczny oraz przejść rozmowę. Mi się udało, dostałam się. Byłam przeszczęśliwa. Całe wakacje spędziłam na czytaniu książek o psychoterapii, bo chciałam się dobrze przygotować. Szkołę zaczęłam we wrześniu i to był najbardziej owocny i najbardziej szalony czas w całym moim życiu.

We wrześniu zaczęłam też sześciomiesięczny staż w Collegium Medicum UJ w katedrze psychoterapii. Po pierwszych zajęciach jeden z uczestników kursu zaproponował mi pewną współpracę. Współpraca polegała na tym, że mogłam korzystać z jego gabinetu przez jeden dzień w tygodniu, miałam zapewnioną reklamę oraz zatroszczono się, abym miała swoich pierwszych pacjentów. Bałam się strasznie. Nie widziałam czy sobie poradzę, przecież dopiero zaczynałam naukę. Na szczęście dzięki ogromnemu wsparciu wielu osób udało mi się zacząć pracę jako psychoterapeutka. Doskonale pamiętam swoją pierwszą pacjentkę. Denerwowałam się bardziej niż ona. Ale widziałam, że przecież każdy musi kiedyś zacząć. Oczywiście od razu zadbałam o superwizję.

W ramach kursu uczestniczyłam w trzyletniej terapii własnej. Każdy, kto chce pomagać innym, sam musi uporać się ze swoimi problemami. To była ciężka praca, ale niezwykle pomocna. Cztery lata kursu upłynęły pod znakiem intensywnej nauki, pracy oraz pracy nad sobą. Nie żałuję wyboru tej szkoły. Świetna kadra, zapewniona terapia własna, no i całe mnóstwo przydatnej wiedzy.

Pod koniec kursu poszłam też na staż do szpitala, w którym miałam kurs. Byłam tam dziewięć miesięcy i to był dla mnie chyba najcięższy czas. To wtedy zaczęłam mieć wątpliwości czy powinnam być psychoterapeutką. Prowadziłam tam przez sześć miesięcy terapię bardzo zaburzonej pacjentki. Potrafiłam przychodzić do domu i płakać całymi wieczorami, że nie dam rady, że to ponad moje siły. Pacjenci w tym szpitalu byli bardzo chorzy, po ogromnych życiowych traumach, jakie nam się w głowie nie mieszczą. Każdego dnia dowiadywałam się o różnych okrucieństwach i zadziwiałam się jak jedna osoba, może coś takiego udźwignąć. Jednak praca w tym szpitalu dała mi najwięcej doświadczenia. Bardzo dużo się nauczyłam i koniec końców umocniłam się w tym, że jednak chcę pracować w tym zawodzie.

W międzyczasie postanowiłam pójść na swoje i otworzyć swój własny gabinet. Moje miejsce, które od A do Z jest zaprojektowane przeze mnie. W którym zarówno ja, jak i pacjent czujemy się dobrze. Potrzebowałam znacznie więcej dni, niż miałam w poprzednim miejscu. Długo szukałam idealnego miejsca, w końcu wybór padł na krakowski Kazimierz. Urokliwe miejsce. Jestem tam po dziś dzień. Na ten moment zatrudniam pracowników i myślę o dalszym rozwoju swojej firmy. Ale także siebie.

Praca psychoterapeuty to ciągła nauka. Jeżdżę na różne konferencje, czytam mnóstwo specjalistycznej literatury. Muszę ciągle być na bieżąco. Obserwuję też świat i ludzi.

Oczywiście moja praca niesie za sobą mnóstwo konsekwencji, często zabawnych. Gdy tylko w towarzystwie powiem, czym się zajmuję, zapada grobowa cisza. Każdy boi się odezwać, bo zapewne zaraz zostanie to zinterpretowane. Kiedyś jak taksówkarz dowiedział się kim jestem, zamilkł, wyłączył radio, zaczął przepisowo jeździć i nawet przepuścił staruszkę na pasach. Często też mam tak, że moi znajomi się do mnie zgłaszają po poradę. Bardzo jest mi wtedy miło, że obdarzają mnie takim zaufaniem, ale ja niestety nie mogę im pomóc. To znaczy, nie mogę im pomóc psychoterapeutycznie, ponieważ to wbrew etyce zawodu. Mogę jedynie udzielić przyjacielskiej rady lub wsparcia. Nie leczę swojej rodziny i przyjaciół. Rozmawiam z nimi zupełnie normalnie.

Zupełnie odwrotnie niż z pacjentami. W gabinecie nie mogę udzielać rad, na co pacjenci często się złoszczą i naciskają „niech mi Pani powie, rzucić tego chłopa czy nie”. Jedyne, co mogę to zastanowić się nad problem tej Pani, ale nie powiem jej, co ma zrobić.

Zabawne jest też to, że pacjenci traktują psychoterapeutów niczym bogów, którzy nie chorują, nie jedzą. Kiedyś miałam taką zabawną sytuację, jak z pacjentką minęłam się w toalecie, na co ona zareagowała ze zdziwieniem „Pani tutaj?”. Często zdarza mi się widzieć swoich pacjentów w sklepie, restauracji, na koncercie. To zupełnie normalne. Po pracy wiodę normalne życie. Też dopadają mnie problemy, też często nie wiem co zrobić.

Najtrudniejsze w tej pracy jest to, że przyjmujemy na swoje barki odpowiedzialność za czyjeś życie i zdrowie. Czasem jest nam ciężko słuchać ludzkich historii przepełnionych cierpieniem. Największą nagrodą jest zaś patrzenie, jak na naszych oczach pacjent zaczyna czuć się lepiej. Nie wyobrażam sobie, że miałabym robić coś innego w życiu.

 Fot. guidebook.com

4 komentarze

  • Fajny blog. Muszę powiedzieć, że Ci zazdroszczę – to musi być wspaniałe uczucie wyleczyć jakąś osobę!

  • Świetna historia! Cieszę się, że tak konkretnie odpisałaś „Twoją drogę”. Sam, po zakończeniu studiów psychologii, zamierzam wybrać się na jakiś dobry kurs psychoterapii. Oczywiście mam pewne wątpliwości, obawiam się, czy znajdę swoje miejsce w tym zawodzie, ale popycha mnie pasja i świadomość, że jak nie to, to nic. No i… ten wpis. Dzięki!

    • Dziękuję za miłe słowa. Jeśli to Twoja pasja to się nie wahaj. Jeśli masz jakieś pytania to pisz na maila lub na Facebooku, chętnie odpowiem. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *