Moje ukochane planszówki cz. 1

Gry bez prądu są stare jak świat. Dajmy na to taki Talisman: Magia i Miecz miał premierę w 1983 roku. To jeszcze przed moim urodzeniem, czyli dawno. Coś jednak sprawiło, że przez długi czas odeszły na drugi plan a ich miejsce zajęły gry komputerowe. Na szczęście, moda zawsze zatacza krąg i dziś przechodzimy  prawdziwy renesans planszówek. Oto moje ulubione.

1. Robinson Crusoe

Z tej gry Polacy powinni być dumni, ponieważ zrobił ją nasz rodak, Ignacy Trzewiczek, a gra stała się popularna prawie na całym świecie. Opowiada historię o grupie rozbitków, którzy będą musieli wykonać liczne zadania aby wydostać się z wyspy. Po drodze czeka ich mnóstwo przygód, a także niebezpieczeństw. Trzeba walczyć z bestiami, budować schronienie, gromadzić jedzenie, no i przy tym nie zwariować, a o to nie trudno. Możemy wcielić się w jedną z czterech postaci – cieślę, żeglarza, kucharza albo odkrywcę. Każdy dysponuje innymi zdolnościami, dlatego przed wyborem warto się dobrze zastanowić. To gra bardzo kooperacyjna, więc jeśli chcecie przeżyć na tej przeklętej wyspie musicie dobrze zaplanować każdy krok. Niech Was nie zwiedzie lekka tematyka. Gra jest trudna, jak diabli i naprawdę trzeba się nagłówkować, żeby ją przejść. Obecnie został wydany jeden dodatek – Wyprawa HMS Beagle, a pod koniec tego roku, ma się ukazać drugi – Mystery Tales. Jeśli nie macie dodatków, a podstawka Wam się znudziła, to zajrzycie do sieci. Fani tej gry zrobili sporo ciekawych scenariuszy, które genialnie pasują do klimatu Robinsona Crusoe. Uwaga, gra na długie godziny.

2. Agricola

Jeśli miałabym wybrać tylko jedną grę, w którą miałabym grać do końca życia, to byłaby to właśnie Agricola. Tak już mam, że lubię wszystkie gry z farmą w tle, a ta jest najlepszym reprezentantem tego gatunku. Gra na pierwszy rzut oka może wydać się infantylna i łatwa, a to za sprawą przecudnych figurek przedstawiających owieczki, krówki, zagrody, warzywka. No, kosmos! Ale jeśli zaczniecie w nią grać, szybko przekonacie się, że prowadzenie dobrze prosperującego gospodarstwa, nawet na planszy, nie jest takie proste. Każdy z graczy otrzymuje swoje poletko wraz z domem oraz rodzinę, która ten domek zamieszkuje. Już od pierwszego dnia owa rodzina nie ma łatwo. Musi wybrać, na jaki rozwój gospodarstwa postawić. Czy hodować owieczki, czy inwestować w uprawę pszenicy. W międzyczasie wciąż musi inwestować w rozwój swojego domu jak i całego gospodarstwa, dokupując różne ulepszenia lub zatrudniając pracowników. Tak, to wszystko dzieje się na planszy o szerokości dwudziestu centymetrów.

3. Grand Hotel Austria

To nie jest popularna gra, ale właściwie od początku skradła moje serce. Może dlatego, że swoim klimatem przenosi nas do dziewiętnastowiecznego Wiednia. W grze wcielamy się w zarządcę hotelu. Mamy na głowię obsługę gości, zarówno w kawiarni, jak i w hotelu. Zarządzamy obsługą. Zarządzamy rezerwacjami. Musimy borykać się z coraz to bardziej wymagającymi klientami, którzy bardzo nie lubią czekać na kawę i porcję ulubionego ciasta. Jak to w hotelach bywa, mamy pokoje tańsze i droższe. Już od początku gry musimy mądrze pokierować naszym rozwojem, żeby później się nie okazało, że przyjęliśmy gości, ale nie mamy gdzie ich zakwaterować. Oczywiście w grze jest mnóstwo usprawnień do dokupienia. Rozgrywka toczy się szybko i bardzo przyjemnie, więc trzeba uważać, bo gdy przyjdzie do podliczania wyników, może okazać się, że zbyt wolno rozplanowywaliśmy rozwój hotelu i nasz wynik nie jest oszałamiający.

4. Munchkin

Na wstępie zaznaczę, że to jest gra karciana, więc nie uświadczycie w niej planszy jako takiej. Musiałam ją dodać do tego zestawienia, bo od niej się zaczęła nasza (moja i męża) przygoda z planszówkami. A właściwie nie zaczęła się, tylko powróciła na nowo. Szukaliśmy jakiejś fajnej gry, w którą moglibyśmy zagrać z moją siostrą i jej chłopakiem. Padło właśnie na Munchkina. Urocze obrazki, proste zasady skradły nasze serca na tyle, że nie mogliśmy się przed nią oprzeć. No i to był duży błąd. Bardzo duży błąd. Te słodkie ilustracje, zapowiadały spokojną, przyjemną rozgrywkę w gronie przyjaciół, a w rezultacie gra wywołała takie kłótnie, że aż się dziwię, że się nie pozabijaliśmy. Musicie przetestować to na własnej skórze albo w sumie nie, jeśli lubicie swoich przyjaciół. I serio, nie wyolbrzymiam. Pewnie zapytacie, o co można się kłócić w tak prostej grze. No, w zasadzie o wszystko. Już pierwsza z zasad, która mówi, że nie ma zasad, jest kontrowersyjna i zapowiada, że będzie się działo. A gdy doczytacie, że zasady ustala właściciel tej gry, to możecie przygotować się na prawdziwe piekło. Gra z pozoru jest prosta. Tworzycie sobie swoją postać, wykładając ją obok siebie na stole. Rozwijacie zdolności tej postaci przez dokładnie kolejnych kart. Resztę kart trzymacie w ręce. I to jest Wasza tajna broń, do pokonania przeciwników. W grze pokonujecie potwory, wykorzystując swoje umiejętności. Za pokonanego potwora dostajecie skarby, które jeszcze bardziej wzmacniają Waszą postać. W grze jasno jest podane ile kart powinno się mieć w ręce, ile kart powinno leżeć na stole. Ale to, że jest tak napisanie, wcale nie oznacza, że tak ma być, więc ukrywanie kart w majtkach (nie polecam), pod stopą, w łazience, w chipsach (też nie polecam) jest jak najbardziej możliwe. Dopóki, ktoś nie odkryje Waszego kłamstwa możecie robić wszystko. Gra kończy się wtedy, gdy ktoś zdobędzie dziesięć punktów. Niby proste, ale spróbujcie po drodze się nie pokłócić!

5. Posiadłość szaleństwa

W zasadzie to jest bardziej gra mojego męża niż moja, bo to on jest fanem Lovecrafta i wszystkiego co cthulhiczne, ale muszę przyznać, że granie w nią to ogromna przyjemność. Jak sama nazwa na to wskazuje, przenosimy się do posiadłości, która iście wyrwana z horrorów, nie zapowiada niczego dobrego. Podczas gry będziemy musieli wraz z przyjaciółmi stoczyć niejedną bitwę z obrzydliwymi bestiami, rozwiązać niejedną zagadkę i podobnie jak w Robinsonie, nie zwariować. Piękne kafelki, które przedstawiają poszczególne części posiadłości są fantastyczne. Świetnie oddają klimat. Liczne figurki, zarówno graczy jak i potworów również na ten klimat się składają. Jeśli zgasicie światło, włączycie horrorową muzykę i zapalicie świeczki (daleko od planszy), to dzięki tej grze przeżyjecie prawdziwe chwile grozy. Jej ogromnym minusem był fakt, że jeden z graczy musiał się wcielić w mistrza gry, którego zadaniem było rozłożenie całej gry, tworzenie klimatu i ciągłe przeszkadzanie w rozwiązywaniu zagadek. Na szczęście, właśnie pojawiła się druga edycja, która funkcję mistrza gry zastąpiła aplikacją, która w bardzo przejrzysty sposób prowadzi graczy przez rozgrywkę, zupełnie nie psując przy tym zabawy i klimatu. Polecam nie tylko na Halloween.

A jakie są Wasze ulubione planszówki?

Pedagog, psychoterapeutka. Rocznik ’86 / Kraków / Dwa koty / Radar absurdu Roślinożerca / Gracz / Serialowy maniak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *